Gdy po pracy wyszłam z biura, zaskoczył mnie widok Kochanego czekającego przed budynkiem (byliśmy umówieni, ale sądziłam, że spotkamy się w kawiarni). Poszliśmy na parking odłożyć moje papiery i zdecydowaliśmy, że zjemy coś na mieście. Ostatnio wspominałam, że w dawnym miłym zakątku otwiera się coś nowego o nazwie Loaf'd. Byliśmy tam. Recenzja: nigdy więcej. Po nieprzyjemnym doznaniu kulinarnym poszliśmy pod mój bank (wyciągnęłam trochę gotówki na wszelki wypadek) oraz do Czarnej, żeby poprawić sobie nastrój. W sumie dwie godziny szwendactwa, i do domu.
Kochany nas odprawił, powoli zaczęłam zbierać się z rozsypanki; gorący prysznic nieco pomógł, potem i tak jednak panika pt. co na siebie włożyć (nadal za bardzo nie wiem). W międzyczasie zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzić, że następne nadawanie będzie z Niemiec (mama pokazała mi śnieg za oknem, poinformowała mnie też o śmierci znajomej o której niedawno rozmawiałyśmy).
W rozpaczy żołądkowej odmroziłam bigos; po kolacji centrum dowodzenia przeniosłam pod kołdrę. Będzie dobrze, po prostu jutro trzeba wstać i pozbierać się do kupy jak przed inwazją.
Bon voyage!
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, a dziękować, dziękować ;)
UsuńBooorze szumiący, jak ja nie znoszę zbierania się do kupy!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, ale żeby było potem fajnie, bywa to koniecznością. Bez pracy, jak to mówią, kołaczy brak ;)
Usuń