Pogoda nie zachęcała do spacerów. Wyskoczyłam z łóżka na tyle wcześnie, że uścisnęłam Freda na pożegnanie. Zalegało mi w głowie, żeby odezwać się do Anne, wyczekałam, aż będzie obecna w sieci, żeby jej nie budzić w weekend o dzikiej porze; umówiłyśmy się, jutro przed operą będę miała więc czas na czytanie w kawiarni. W temacie książek: zamiast wrócić do tego co zostało już rozgrzebane, wolałam słuchać. Coś mi w tym pasowało. Wysłuchałam do końca Moskwy-Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa w wykonaniu Romana Wilhelmiego (bardzo dobry tekst, jestem zachwycona). Zrobiłam obiad, pokręciłam się po domu i już wieczór.
U nas leje. Zaczyna się jesień tej wiosny, psia mać!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, ale trawa będzie rosła ;)
UsuńNo już niech jej tam będzie...
Usuń