... prezenty od Freda: szary, mięsisty szal Smedleya, oraz podkoszulek Majestic Filatures — takie rzeczy zastałam po wejściu do domu, zakupione przez Kochanego dla moi. Ściągnęłam spodnie i natychmiast wskoczyłam do łóżka, bo mózg właśnie zaczynał reset i odejmowało mi władzę nad kończynami. Gdy przed szóstą wydobyłam się z czeluści sypialnianych, mąż kończył gotować obiad (mielonka mózgu nie wiem czym jest podyktowana, najpewniej niedosypianiem; między pracą a powrotem do domu poświęciliśmy jeszcze kilka chwil na obejrzenie, jakie dostępne lodówki wychodzą naprzeciw naszym nietypowym marzeniom lodówkowym — wczoraj na dobre padła zamrażarka).
Wieczorem, zanim Kochany wyjechał do miasta, długa rozmowa z Usz z okazji jej urodzin. Skupienie było na kotach, bo szwagierka też jest kotamamą, oraz na problemach rodzinnych.
Rozpadało się, nici z kociospacerów. Kochany pojechał już do Pieseła. Właśnie skończyłam oglądać zamknięcie deserowego czerwca :D Przed chwilą nad wieś dotarło oberwanie chmury, które Fred mijał w drodze na północ; kałuże deszczówki lśnią pożyczonym światłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.