... z tych dni pracowniczych jakieś dzień za dniem. Budzę się, jem, jadę, potem trzeba coś zrobić, wracam (dzisiaj autobusem, patrząc na siwe odrosty Ivy, leje, aż Blake chodzi od okna do okna, żeby wszystkie pozamykać). Kochany podekscytowany mocno zapowiedzią poważnego badania, które odbędzie się dopiero w następną środę, ale już wzbudza emocje; dobrze, że to się w końcu wydarzy, czekaliśmy kilka miesięcy. Pamiętam, żeby późniejszym wieczorem iść do sąsiadki i sprawdzić, jak się mają czarno-białe imigranty (kuwety na razie puste, widocznie koty wolały wyskoczyć do ogródka); piękne są, dorodne, ciekawe czy Bronka osiągnie takie rozmiary. Na razie Bronia jest wielkości suchego skrzata, a ruchami przypomina łasiczkę, jej kościsty kręgosłup przedziwnie wygina się w garbate esy floresy. Dzisiaj w trakcie zabawy koteczka znalazła na półce różową mysz, zabawkę wujka Ryszarda i obchodziła się z nią dość zaborczo (w myszy była chyba kocimiętka, bo Mleczak dostał ataków głodu na chrupki i ogólnie był nad wyraz podekscytowany). Oczko Maniowe ma się dobrze, problemy z pyszczkiem nie wróciły, zobaczymy, co jutro powie wet. Dziewczyny mają mnóstwo energii i w zabawie się nie oszczędzają (Bronia od weekendu ma lekko zranione prawe uszysko, ale nie chowa urazy).
Bogini Bastet się cieszy 🙂
OdpowiedzUsuń@FrauBe, też podrzucam jej chrupki, więc wiadomo ... ;)
Usuń