Poniedziałek. Od rana deszcz, który zanikać zaczął dopiero, gdy wracałam do domu. Kochany zrobił obiad. W trakcie mojego zalegania w łóżku z laptopem i kawą, zapukała kocia-ciocia i przyniosła Mleczakom interaktywną zabawkę; korzystając z niespodziewanej wizyty, za pośrednictwem Anne kupiłam na brytyjskim amazonie dwie uprzęże dla kotów, w rozmiarze małym, po taniości, bo wiadomo, że wyrosną.
Aktywności ciekawych brak. Rozmawiałam chwilę z mamą licząc na jakieś sensacje — nic z tego, jedyna pewna wiadomość: upał continues, inaczej niż u nas. Przez chwilę wybierałam ew. film na wieczór — zmęczyłam się zanim podjęłam decyzję; wypatrzyłam jedynie, że niedługo premiera kinowa Vinci 2 (mocna obsada). Koty przez godzinę szalały na nowej zabawce i Bronka zupełnie zapomniałaby o kolacji, gdyby nie wiecznie głodny Maniutek. Powrót do ćwiczeń, na razie kwadrans (zasapuję się).
Wtorek. Pochmurno. Wzięłam na jutro wolne, żeby towarzyszyć Kochanemu w wycieczce szpitalnej. Wystarczyło, że kupiłam coś na amazonie, a już przyszedł mi link ze scamem (mendy kryją się po norach, zawsze są jednak gotowe wyjść przy najmniejszym poruszeniu potencjalnej ofiary).
Maniutkowe oko przemywam ciepła wodą, na razie jest okej, chociaż ani w tę, ani we w tę; koteczka mruży oczko teatralnie, aż czasem podejrzewam ją o intencjonalne poszukiwanie uwagi.
Wieczorem Kochany zmęczony specyfikami; słuchamy wykonania Grendela z 1983. Standardowa inspekcja podłogi za tapczanem, Fred przyświeca, ja robię przysiady. Od cyklicznego kicania na jednej nodze coś sobie zrobiłam w biodro, więc tak się chichramy z Kochanym, gdy zapieram się o tapczan, żeby wstać. Emerytura daleko, entropia pogania (pierdolę, nie ćwiczę).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.