Wstaję o ósmej a tu śnieg, taki jak w telewizji, na oko zupełnie sztuczny, powierzchowny. Czytam. Kawę popijam. Rozmawiam z rodzicami. Rozmawiam z Kochanym. Wychodzę na dwór, Gosia w płaszczyku idzie za mną człapu człap.
Na obiad jedziemy do chińczyka, głównie ze względu na słabe warunki drogowe (do gyrosa za daleko, aż tak bardzo nie jesteśmy zdeterminowani). Po konsumpcji makaronie podjeżdżamy do Kota, zamawiam nam napitki, poza tym kupuję Kochanemu dwie paczki ziaren, Rwandę i Etiopię.
Przed czwartą jesteśmy ponownie w domu. Zaleguję, drzemię, wyglądam przez okno, obłaskawiam Franię, która cały czas trzyma dystans. Dyjabły gromadnie coraz bliżej łóżka (czyżby Szogun?)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.