Strony

niedziela, 28 grudnia 2025

2203. Lekko połamana.

Taka wstałam, sen długo nie chciał przyjść, żadna pozycja spalnicza nie wydawała się tą właściwą, potem trudno było się pozbierać. Lektura, maminy rosół niedzielny, Columbo porzucony. 

Za drzwiami zauważam powieszony obraz, który przewieźliśmy z dawnego domu Freda (oczywiście, wiedziałam, że on tam wisi, ale nagle przypomniałam sobie wędrówkę obrazu przez pół Polski i pomyślałam o Kochanym). 

Niunia całe dnie spędza w łazience z podgrzewaną podłogą, mama wieszczy (chyba uspokaja ją takie przewidywanie złych wypadków), że to pewnie jej ostatni rok.

Zainteresowały mnie otwarte dni do stodoły. Skarby w niej ukryte kuszą, bobrowałam w kilku szufladach. Na zakurzonych meblach widać nietypowe ślady po pazurkach; tatko próbuje przekonać kunę do przeprowadzki.

Po rosole idziemy z tatkiem na spacer. W lesie jeszcze gdzieniegdzie leżały resztki wczorajszego nocnego śniegu. Dzień był mroźny, słoneczny, spacer do przecinki i z powrotem ożywczy; tatko jak zwykle dużo mówi, m.in. powiedział więc patrząc na wyciętą połać: Nie ma lasu, ale my jeszcze jesteśmy. 

Ze zmarzniętym nosem, jedząc dokładkę rosołu, przeczytałam do końca Misterium wiary (WAM, 2025), rozmowę Eskila Skjeldala z Jonem Fossem. Dużo podkreśliłam.

Obejrzałyśmy z mamą dwa końcowe odcinku DiU. Mama nie za dobrze się dzisiaj czuła, nastrój (samopoczucie?) poprawił się jej pod koniec dnia, ale i tak obie szybciej wskoczyłyśmy do łóżka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.