sobota, 15 lipca 2023
1306. Mám.
Najfajniejszym odkryciem piątkowego poranka było, że żubry online wróciły (będzie co oglądać, gdy zima przygniecie tęsknotą). Przed pracą zaszłam do Czarnej. Na mój widok baristka jeszcze robiąc kawę dla Flat White dostawiła spodek i łyżeczkę do podwójnego macchiato:
— The usual?
— Uhum
— Anything to eat?
— Nope, I'm dieting.
— That sucks, isnt it?
Nom, w drodze zastanawiałam się, czy jestem już podwójnym macchiato i proszę bardzo, jestem. Często gęsto przed dziewiątą spotykam tu grupę znajomych twarzy. Facet, który jedzie tym samym autobusem i tak szybko przebiera nogami, że zawsze jest pierwszy (flat white). Pani z krótkimi, ciemnorudymi włosami, czasami w towarzystwie mężczyzny, rozgadani wykładowcy teorii wszystkiego. Dwóch gości w wieku średnim (gdy wchodzę już siedzą zagnieżdżeni w fotelach po dwóch stronach przy wejściu). Starsze panie, wymieniają się obecnością, jedna bardziej sterana życiem i z ręką na temblaku. Czasem też młodzi przy stołach, zazwyczaj z rozłożonymi laptopami i notatkami szkolnymi. Tyle dobrego. Gdy weszłam do budynku Centrum, zaczęło padać i tak już lało cały dzień.
***
Kochany szybciej wrócił z Dublina, spotkaliśmy się na obiedzie w Cedar Gate, ja z mokrymi spodniami, bo regularna pompa. Po obiedzie (to co zwykle i lody czekoladowo-truskawkowe, Fred eksplorował) zajechaliśmy do domu, żeby się przebrać, i ponownie wyruszyliśmy w kierunku stolicy, która zaskoczyła nas poprawiającą się pogodą (w naszych okolicach deszcz naprawdę padał cięgiem, od momentu mojego wejścia do pracy z rana do wjechania w przedmieścia Dublina wczesnym wieczorem)
Jechaliśmy do Board Gáis Theatre. Kochany zaparkował tuż przy dokach na Pearse St. Było jeszcze trochę czasu (tuż po szóstej), więc poszliśmy do Czarnej z widokiem na doki (społecznie kolejne miłe doświadczenie, chociaż dla mnie już nie kawowe). Siedząc tak przy napitkach rozważaliśmy jakie rupiecie meblowe zostałyby przez nas ściągnięte ze śmietników, gdybyśmy mieli większy dom. Bardzo różne, eklektyzm byłby pełną gębą.
Przedstawienie bez antraktu zapowiedziane na wpół do ósmej zaczęło się z pięciominutowym poślizgiem. Widownia pełna. Mám w 2020 roku nominowano do nagrody Oliviera. Fabuła pozostawia wiele miejsca do domysłów opartych na emocjach i własnym doświadczeniu. Cormac Begley na koncertynie, zespół s t a r g a z e, z tancerzy najbardziej przyciągali mój wzrok Rachel Poirier i James Southward. Reasumując: nie streszczę historii, ale warto było jechać. Analiza tematu w drodze, wyczerpanie, prysznic, spać.
czwartek, 13 lipca 2023
1305. Czwartek przed ...
Pracę skończyłam godzinę wcześniej i udało się mi skorzystać z autobusu złapanego na przystanku innym niż zwykle (ulica Dżordża). Niebo wytrzymało z deszczem do momentu aż weszłam do domu (bardzo uprzejmie). Trochę mnie dzisiaj bolał brzuch (pewnie z powodu zbyt ciężkiego śniadania: resztek spaghetti bolognese suto naszpikowanego wołowiną i cheddarem), ale do późnego obiadu udało się mi sytuację rozgonić (przy okazji doinformowałam się, jak masować dwunastnicę; czego to się człowiek nie dowie, kiedy zachodzi potrzeba). Kochany przyjechał w mżawce, zastał mnie przy słuchaniu gry na koncertynie (i znowu czegoś nie znałam, to teraz znam; przygotowuję się psychicznie do jutrzejszego wyjazdu kulturalnego).
W rodzinie zachodzi przepływ informacji o dziwnych ruchach kuzynki, która niedawno straciła syna, więc oczywiście dyskutujemy, choć wiemy tyle, ile powiedział nam głuchy telefon (sytuacja jest raczej niekomfortowa). Reszta wieczoru upływa nam na przeskakiwaniu z tematu na temat: praca, Masłowska, robienie filmów, miecz Rydzyka. Skoro i tak budzę się w nocy kilka razy, położę się później spać, o!
środa, 12 lipca 2023
1304. W kratkę.
Podróż do biura faktycznie robi mi lepiej. Rozgościłam się, nikt mi nie przeszkadzał, bo Gronja w podróży, więc mogłam głośno gadać do siebie, gdy mnie dyjabli brali na stronę firmową.
Za oknem kolejny dzień w burzową kratkę.
Poszłam po biały ser do polskiego sklepu, potem nie zauważyłam, że wkładając do torby masło kupione w Tesco przebiłam nim wieczko pojemnika w którym był ser. Szkód za dużo nie było, torba do prania (może i lepiej). W związku z tym uwagę poczyniłam, że satynowe okładki książek są odporne na tłuste ciecze. Z innych uwag ogólnoludzkich, buty, które miały szansę stać się ulubionymi, puściły szew na halluksie. Psiakrwia! (w głowie mówiłam sobie inaczej, brzydziej jeszcze, i miałam pretensję do swojej stopy, oraz do całego świata w ogólności). A kiedy czekałam na autobus (spóźniony, bo kierowca musiał dopić kawę w kanciapie), Majkel się ze mną przywitał i zaczął snuć konfabulacje o tym, jak to pojechał do Dublina na darmo, a przecież jest freelancerem i każdy cent się liczy. Potakiwałam, okiem nie mrugnęłam.
Robiąc obiad obejrzałam kolejną teatralną kobrę z Chamcem, Umarły zbiera oklaski (1972). Przyjemne. Słońce zachodzi na zachodzie. Przygrywa nam Klaus Mitffoch.
wtorek, 11 lipca 2023
1303. Nieróbstwo.
Jutro jednak jadę do pracy, bo samotne lambardziarstwo domowe mi nie służy. Nad wybrzeżem krążyły burze przetykane słonecznymi kwadransami, w efekcie nie poszłam na spacer, za to po południu znużona nicnierobieniem położyłam się obok kota na deszczową drzemkę. Nieróbstwo było karygodne; szukanie wszystkich płyt dvd z filmami Woody'ego Allena do ustawienia na jednej półce się nie liczy (znalazłam ich 12, coś mało). Obiad zrobiłam do teatralnej kobry Klucze (1971) z Chamcem i Wiśniewską. Chwilę rozmawiałam z tatą, który siedząc przed domem pokazał mi towarzyszącego mu czarnego kota. Skończyłam czytać książkę-wywiad z Woydyłło. W międzyczasie Fred wrócił do domu, zjadł obiad, powiedział, że mnie kocha, wziął prysznic i zniknął pod kołdrą. Ryszard siedzi na parapecie, widać tylko jego podwinięte łapulki; po Kuchniosalonie latają jakieś muchy, niezbyt duże, za to budzące we mnie instynkt mordu; tyka zegar z nowego miejsca nad półką z filmami; pora przyłożyć skroń do poduchy.
poniedziałek, 10 lipca 2023
1302. Odblokowanie.
niedziela, 9 lipca 2023
1301. Pauza.
Pogoda zmienna, raczej ciepło, ale deszcze pojawiały się gdzie bądź. Po śniadaniu pojechaliśmy na kawę do Aury, potem do Carlingford na obiad (kolejna odsłona pieczonego ziemniara z wołowiną):
Spacer do mola, kółeczko przez zamek. Skoro byliśmy już tak blisko Północnej, nie omieszkaliśmy podjechać do Newry, głównie po kocie żarcie. Po powrocie do domu pomogłam Fredowi zamontować w sypialni wieszak na płaszcze (teraz mamy całą jedną ścianę zawaloną wiszącymi ubraniami wierzchnimi, wygląda to trochę jakbyśmy nie używali szaf na ubrania, co jest oczywiście nieprawdą), odkręcić nóżki od telewizora i zawiesić zegar w nowym miejscu. Dzień polegał głównie na zadowolonym chodzeniu za rękę tu i tam, po znanych i wielokrotnie pokazanych kątach, więc nie ma nic do opisywania. Odpoczęłam.
sobota, 8 lipca 2023
1300. Senna sobota.
Domowy, powolny dzień. Chwilę grzebałam w ogródku przed domem (wycinanie przekwitłego łubinu). Kochany był na zakupach (pamiętał, żeby kupić truskawki, przytaszczył też ze sklepu piękny, masywny wieszak ścienny). Do konsultacji statystycznych w ogóle nie byłam przygotowana (nawet się wcześniej zdrzemnęłam), ale popołudniowa rozmowa trochę mi rozjaśniła rzeczywistość (analiza czynnikowa i wykres osypiska doprawdy cycuś). Przez cały dzień nie mogłam się dodzwonić do rodziców. Kiedy byłam już poważnie zaniepokojona, okazało się, że oboje cały dzień siedzieli w ogrodzie i dopiero co wrócili ze swojego "rodos". Oraz inne ważne rzeczy ... pierwszy raz zobaczyłam u nas fruczaka (przyleciał na inspekcję lawendy). U nas, w sensie w tym kraju (w Polsce przylatywał do surfinii). Późnym wieczorem, gdy oglądałam Kocie ślady (1971) z Gajosem (kolejny kryminał oglądany wcześniej z fabułą tak niejasną, że jej nie pamiętałam) mama zadzwoniła jeszcze raz, żeby mi powiedzieć, że pozdrawiała mnie była dyrektorka z mojej poprzedniej pracy. Może coś się jeszcze wydarzyło, ale oczy same się mi zamykają (a Fred czeka, bo chce przeczytać i wiedzieć).
piątek, 7 lipca 2023
1299. Nie oknem, to drzwiami.
Dejwid, Kijan, Mark, Adam, Rebeka & Megan, Kirsty i Tobi ukończyli dzisiaj program i poszli w świat. Były dyplomy, foty, uściski, babeczki z przesłodkim kremem.
Po trzeciej Kochany dojechał do miasta i mogliśmy pójść razem na pizzę. Okazało się, że małżonek skończył pracę dość wcześnie i miał czas zabajerzyć po sklepach. Efektem tej aktywności mężowskiej są interesujące zakupy: oczyszczacz powietrza Rowenta, dwa woskowane płaszcze Barbour (dla mnie i dla taty), płyn do prania kaszmiru. I to wszystko przez to, że nie robię mu listy, co może kupować (zła żona, beznadziejna). Do tego Fred sfrustrowany, że ostatnio tylko praca/dom/praca/dom, kupił bilety na Mám (idziemy w następny piątek, bardzo się cieszę).
Pod wieczór tak byłam wyzuta z wszelkiego ewentualnego potencjału intelektualnego, że postanowiłam kontynuować dobijanie się starymi kreminałami i sięgnęłam po remake niedawno oglądanej kobry (Amerykańska guma do żucia, Pinky) o tytule Koniec sezonu na lody (1987). Najbardziej zachęciło mnie to, że kompletnie nie pamiętałam fabuły, którą już widziałam, co właściwe ilustruje moje zaangażowanie oglądacze. Ocena: słaby.
Amber wpada do nas bezustannie, przestawiam Rysiowe miski do Kuchniosalonu, ale to jej nie zraża (kilka razy właziła oknem, wyrzucałam drzwiami). W efekcie Rysiu spożywa kolację siedząc na środku kuchni, przygrywa mu The Exploited z tegorocznego koncertu w Łodzi.
czwartek, 6 lipca 2023
1298. Sny, kawy, deszcz.
Śniłam, że wyjechałam do Wro i zgubiłam plecak, musiałam pożyczać kasę na autobus od jakiejś ledwo znanej mi dziewczyny, o której byłam pewna, że poprzednio z pięć razy ją o coś prosiłam. Miasto było jakieś inne, nie moje. Czyli sen niemiły, z rodzaju tych, gdy mózg coś histeryzuje.
U sąsiada z prawej zamieszkał duży pies. Już wczoraj czekoladowy labrador przybiegł do nas cały wesolutki, włożył łeb przez drzwi i wyżarł Rysiowi z misek. Ale dopiero rano się potwierdziło, bo sąsiad wychodził z nim bardzo wcześnie na spacer. Do tej pory pies przyjeżdżał z dziećmi sąsiada, był zamykany w ogródku i robił harmider. Ale teraz został na noc, ciekawe, czy to tylko na wakacje. Widocznie śpi z panem w łóżku i jest szczęśliwy, dlatego wcale nie ujada.
Wracając do przedpołudnia, wymieniamy się z Kochanym zdjęciami:
W mieście było spokojnie, trochę na mnie pokropiło, ale żadnych sensacji (po powrocie do domu doczytałam, że dwa dni temu niektóre ulice w Drołdzie zalało w czasie oberwania chmury, na dodatek ulewa załamała dach nad M&S w którym czasami robimy zakupy). Już po drodze do wsi, przez okna autobusu, morze wyglądało na niespokojne. O co chodzi przekonałam się, gdy skręciłam na nasze osiedle. Zdążyłam dosłownie minutę przed sztormem. Czekając na Freda oglądałam Tylko umarły odpowie (1969) Chęcińskiego. Relacje damsko-męskie kulawe jak zwykle, ale fabuła kreminalna trzyma w napięciu (do tego bardzo dobry Filipski i plenery kręcone we Wro). Kochany wrócił z pracy, gdy skończyłam (w sam raz na późny obiad). Jesteśmy padnięci, Fred to wiadomo, ale dlaczego ja tak mam, nie wie nikt. Mogłabym przespać lipiec, tymczasem ciągle mam wrażenie, że coś m u s z ę robić. Nie lubię musieć. Bardzo nie lubię. W związku z tym oceniam sytuację negatywnie.
środa, 5 lipca 2023
1297. Środa z przerwą.
Poranny spacer i odczucie, że jestem trochę jak Padraic z Banshees: szłam najprawdopodobniej uśmiechnięta jak głupek, bo zamachała do mnie Anita siedząca w autobusie 168, i jeszcze ktoś z tylnego siedzenia, ale nie rozpoznałam. Machnęłam Gronji, która robiła coś przy oknie swojego skrzaciego domu. W drodze powrotnej przywitałam się z dwoma psami. Na plaży zupełnie pusto, poza kilkoma panami z furgonetki, którzy przyglądali się czemuś w nadbrzeżnej trawie. Pomyślałam, że może przyjechali po truchło delfina/morświna, które podobno walało się tu i tam na wybrzeżu z dwa tygodnie. Ale nie, goście od rur, nie ta branża. Zwłok zresztą chyba już nie ma, albo zajęli się tym ludzie, albo natura. Pogoda zmienna, gdzieniegdzie chmury ciężkie od deszczu, na plaży gnije zielone:
W drodze powrotnej kupiłam dwa steki za ponad €17. W południe obejrzałam starotę, Morderca zostawia ślad (1967) Ścibora-Rylskiego, o dziwo całkiem trzymający w napięciu kryminało-wojniak, pomimo tego, że kobiety w fabule to już tradycyjnie debilki (ostatnia rola Cybulskiego raczej nędzna). Nagle po południu powieki zaczęły mi ciążyć. Na chwilę przytuliłam twarz do poduszki ... wstałam (po kilu próbach) trzy godziny później. Najwyraźniej było mi to potrzebne, może w nocy tylko udaję, że śpię. Zrobiłam dobry obiad, posiedzieliśmy w swoim towarzystwie i Kochany już w łóżku, bo w tym tygodniu budzi się naprawdę wcześnie. Jeszcze chwila na herbatę z cytryną.
wtorek, 4 lipca 2023
1296. Meh.
Znowu zaczęłam płukać zatoki, co zarzuciłam nie wiem kiedy temu. Potrzebne, bo zatoki robią co chcą (czyli za dużo liberalizmu). Dzień minął spokojnie, spędziłam dwie godziny nad finansami (home office), potem grzebałam się jak mucha w smole robiąc małe rzeczy domowe i walcząc z pokusą pójścia na lody. Innymi słowy, wtorek przebimbany. Pod wieczór porządnie się rozpadało; kot spędził dzień śpiąc, albo kontrolnie wychodząc na dwór drzwiami, żeby zaraz wrócić oknem.
Wieczorem Kochany zadzwonił do cioci Ce zapytać jak się czuje. Chyba w końcu nie zapytał, po dwóch stronach kabla oboje z ciocią płakali do słuchawek. Za oknem nadal lekko kropi. Fred już poszedł spać.
poniedziałek, 3 lipca 2023
1295. Arghh!
Jeszcze wczoraj z wieczora dochtórka przeczytała mój tekst i odpisała z sensownymi uwagami. Przed chwilą udało się mi w terminie pchnąć ostatnie zadanie TT (z lukami, co mnie martwi, ale snu z oczu nie spędzi, bo są inne sprawy, które zrobią to skuteczniej). Mogę się poczuć jak na wakacjach. Tzn. do jutra rana, bo mam spotkanie z Gronją. Czyli dobrze, nie? A jednak ...
W nocy fatalnie spałam, zresztą Fred również (miałam wrażenie, że co chwilę zrywał się na równe nogi, potem opowiadał mi swój koszmar). Dzisiaj Kochany zaczął pracę w Carlow, i tak się będzie turlał codziennie, aż do piątku, po obwodnicy stolycy klnąc na korki.
Sekwencja przykrych zdarzeń mniejszych i większych:
Ryszard wędrujący po niedalekim osiedlu (dał się przywieźć do domu dopiero późniejszym wieczorem). Wiadomość o sąsiadce z Nowej Aleksandrii (w zeszłym roku ciągnęła torbę na kółkach po ośnieżonym osiedlowym chodniku; ucieszyła się na nasz widok tak serdecznie, że natychmiast ją polubiłam) — wylew, nie wiadomo, co będzie. Na nocny koszmar, korki, wędrownicze koty, załamane zdrowie miłej kobiety karta bijąca wszystkie inne: śmierć. Kochany zadzwonił do mnie w czasie pracy ... zmarł starszy syn jego ciotecznej siostry. Nastolatek. Widziany przeze mnie raz. Wu o wszystkim informuje, spokojnie, ale tąpnęło nim. Większości musimy się domyślać.
niedziela, 2 lipca 2023
1294. Do roboty!
Jedyna regularna aktywność dla zdrowotności, którą udaje się mi ostatnio utrzymać, to kwadrans ćwiczeń, głównie przysiady i brzuszki (z wyłączeniem dnia wczorajszego, gdzie brzuszków nie było, gdyż się mi nie chciało). Piszę. Między popijaniem kawy/herbaty i łamaniem sobie głowy, czytam opłotkiem za sprawą jakiegoś algorytmu FB, że już kilka dni mija, jak zmarł Major Suchodolski, przedstawiciel białostockiego patolandu. Nie znałam człowieka, a mnie to poruszyło. Kijowe niektórzy mają życie, i przykre.
Kochany zrobił spore zakupy spożywcze na kilka dni; sam, bo ja tworzyłam (i nawet coś tam się mi udało skończyć, jeden tekst wysłałam do dochtórki). Po obiedzie wzięliśmy się do swoich spraw, Fred do spania, ja do dalszego szurania nosem za inspiracją. Tak minęła nam niedziela. Jutro małżonek zaczyna drugi trudny tydzień pracy i wyjazdy/powroty o porach niemiłych.
sobota, 1 lipca 2023
1293. Nic ciekawego, bo gdyż.
Starałam się skupić na pisaniu, ale po prawdzie za pracę wzięłam się dopiero, gdy Fred wyjechał na spotkanie ze znajomym (takim długowłosym, który robi w sztuce i zagrał u męża w filmie) do Scarvy w hrabstwie Down. Za bardzo mi nie idzie, czy powinnam się zacząć stresować? Pomiędzy umysłowymi usiłowaniami podrygiwałam w kuchni do Maanamu. Kochany wrócił z Północy z truskawkami i składanką muzyki The Dubliners, zrobił pyszny obiad (pieczony łosoś, kartoffeln, sałatka grecka), który popiliśmy różową lemoniadą. Klikam, Fred podlał ogródek, kot większość dnia spędził w domu (trochę nie w sosie jest nasz Ryszard, z rana post, poza tym przyłapałam go na kichaniu).









