Strony

wtorek, 15 września 2026

2464. Nie dla mnie ...

... ruletki i inne ekscytacje, rano zarezerwowałam bilet do Modlina. Będę Kochany leciała do Cię! (odrzucone alternatywy: rozpocząć podróż dzień wcześniej, ale to oznaczało szukanie do ostatniej chwili zastępstwa w pracy, polecieć do Poznania albo Wrocławia, tu z kolei mąż musiałby po mnie jechać, albo ja jechałabym nocnym pociągiem i następnego dnia byłabym nie do tańca). Zakończyłam męki, pięknie jest.

Temperatura spadła do szesnastu, powietrze zaczęło się mieszać, deszcz, słońce, tęcza, mokro. Kochany zrobił rosół, do tego była druga pizza Tescowa, tym razem fiorentina, z grzybami i szpinakiem, niestety mocno przepieprzona.

Wracałam do słuchania audiobooka w ciągu dnia oraz po południu myjąc podłogę w Kuchniosalonie (bezmyślne zajęcia przy słuchaniu nadal jak najbardziej się sprawdzają).

Wieczorem chwilę rozmawiałam z mamą, wydarzeń brak, tak tylko, chciałam pokazać się w okienku, złapać kontakt (mama w dobrym nastroju, ale zmęczona pracą). Zieeew. Czwarty rozdział z Manna skończony, dobranoc.

poniedziałek, 14 września 2026

2463. Bóle poniedziałkowe.

Nadal męczy mnie temat październikowego wylotu do Polski. Obserwuję śmiesznie wysoką cenę biletu i zachodzę w głowę jaka logika temu przyświeca. Chciałabym mieć już za sobą podjęcie decyzji, ale jestem rozdarta między potrzebą odhaczenia zadania i poczuciem, że ktoś tu robi mnie w konia. 

Pod szarym niebem w mieście było około 23 stopnie, część lokalesów od razu wskoczyła na powrót w krótkie spodenki. Musiałam wrócić z drogi na spotkanie z Benkiem i Teresą, bo gruby szalik kompletnie nie korelował z wrześniową rzeczywistością (przyjemny chat z Dżaki, że tak naprawdę wszyscy udajemy, że tu jesteśmy, ale nas nie ma, to ktoś inny, ziejemy pustką, gdyż jest poniedziałek ... wrócimy w piątek; na dodatek Marsjanie na dłużej porwali Benka — już któryś raz zamówił cappuccino z czekoladową posypką zamiast prawdziwej kawy). Dopiero po południu, gdy z Kochanym bawiliśmy się z myszami w ogródku, od strony lądu przypełzły ciemne chmury i deszcz schłodził powietrze.

Zaczęłam słuchać Czasu pogardy, nie dlatego, że jakoś strasznie było mi to potrzebne (planowałam robić sobie dłuższe przerwy między sapkowszczakami), ale lektura w sam raz nadaje się pod aktualizowanie laptopów. Powyciągałam sprzęt, klikałam, czyściłam, restartowałam słuchając opowieści o podróży. Jutro kontynuacja. 

Chciałabym coś zrobić z krótkim kocykiem czasu, który zostaje mi po pracy, ale nie bardzo wiem jak się za to zabrać. Najczęściej jestem w domu przed piątą, obiad i chodzenie z koteczkami zabierają około półtorej godziny, a po jedzeniu nie chce się już nic, tylko zalec na wygodnym meblu z książką. Pomiędzy prysznic i czytanie ledwo wciskam przysiady i duolingo. Chciałam dzisiaj przejrzeć zimowe swetry, te moje irlandzkie wełny, pani, boskie kaszmiry, za późno, too late, trop tard, αύριο, αύριο.

... oraz mam omamy dotykowe. A to przez kątnika, który wczoraj spacerował mi po szyi. Kilka dni temu wyekspediowałam jednego z łazienki, ale sprawdziła się relacja Freda, że były dwa: specjalist(k)a od niebezpiecznej wspinaczki po zasłonie prysznicowej (obecnie ekspat) oraz pasjonat(ka) odkrywania zagłębień w ręcznikach. Spec od ręczników pozostaje w łazience (stan na wczoraj wieczór). Łazienka dla ludzi, nie dla pająków!

niedziela, 13 września 2026

2462. Spokojność.

W mijającym tygodniu miałam taki pomysł, że w niedzielę wyjedziemy do Biblary pobuszować w książkach, ale wczoraj podczas wieczornej drogi powrotnej oświeciło mnie, że zamiast dłuższej podróży do krótszej przyjemności wolę posiedzieć w domu z kotami. I dobrze. Rano nie mogłam się wyturlać z łóżka, wstałam dopiero o dziewiątej. 

Na śniadanie testowaliśmy pizzę z Tesco (Costa Mollica/ Primavera, to nie jest reklama, tylko wspomożenie słabej pamięci). Całkiem jadalna jak na gotowiec, Kochany zauważył wręcz, że przypomina placki podawane w Il Forno. Czyli może i tam odgrzewają gotowce? Przestaliśmy do nich chodzić już jakiś czas temu, wbrew nazwie nie ma tam śladu włoskich smaków.

Fred chciał się zająć pisaniem, więc po jedenastej sama poszłam nad morze. Samotny spacer zawsze jest wylęgarnią dziwnych myśli. Szłam przez drzemiące osiedla w drobniutkiej mgle, która osiadała mi na okularach. Nadchodził przypływ, w kawiarence kilka osób (walczyłam ze sobą, żeby nie wejść do środka, skutecznie powstrzymał mnie widok zajętych krzeseł na tarasie), w piasku duża liczba krabich rączek oraz śladów różnych innych nieszczęść, spacerowiczami byli głównie psi rodzice, weekendowi wieśniacy i amatorzy jesiennych kąpieli.

W ciągu dnia wracałam do lektury Boathouse Fossego (skończyłam ją czytać przed chwilą). To coś w rodzaju strumienia świadomości; w pewnej chwili, gdy akurat czytałam w sypialni, przyszło do mnie znane mi odczucie jedyności, ulotności doświadczenia, przyjemny spokój połączony z jakimiś pozawerbalnym wspomnieniem nie-wiadomo-czego, ponadczasowego przebywania we własnej głowie. Drzemka też była. I koci spacer. Nie zrobiliśmy porządnego obiadu, tak się nam dzień rozbabrał, stać mnie było jedynie na swojskie frytki w erfrajerze. 

sobota, 12 września 2026

2461. Rosina, bambosze, ciepło.

Sobotę zaczynam późno, ósma, okna zapłakane deszczem, pod kapturem szlafroka słucham Dove solo w wykonaniu Dorothei Röschmann (2006). Melodia towarzyszy mi przez cały dzień.

Po śniadaniu dzwonię do mamy, rozmawiamy o pogodzie, o wypadkach pociągowo-samochodowych, o sąsiedzie, który nie lubił Filemona i jest może przygłuchy, a na pewno głupi, o Felku, który wyleguje się na maminym łóżku brzuchem do góry. Tatko też się pojawia, w kapeluszu roboczym referuje ostatnie przemyślenia.

O jedenastej wyjeżdżamy z Kochanym do miasta, najpierw do TK Maxxa, na kawę i do Tesco (w pierwszym sklepie szukam domowych bamboszy, znajduję coś o nazwie Monique w kolorze mocha jak głosi etykieta niby z UK, a w realu pewnie z Chin; nie szukam, ale znajduję kolejną czapkę Seebergera, tzn. mąż mi znajduje w dziale męskim, bordową z guziczkami, i kiedy trącamy się dupkami podczas przymierzania, Pan Murzyn nas zaczepia mówiąc It's the best love I never see, guys, the best love I never see). Potem jeszcze do kociego sklepu po drugiej stronie miasta, jedziemy więc prowincją — Fred wskazuje mi biały krzyż postawiony tam, gdzie Eileen miała wypadek po którym zmarła. Skoro ciągle kupujemy żwirek w Maxi Zoo, w końcu przełamuję się i ściągam ich aplikację.

Pomiędzy powrotem do domu i wyjazdem wieczornym wciskamy obiad Fredowy, przeglądanie Internetu i prawie godzinne wyjście kocie (dziewczyny zasadzają się na ogromniejące z dnia na dzień stado młodych szpaków kołujące nad osiedlem).

Wieczór z Ka&Jot, rozmawiamy głównie o medycynie, trochę o migrantach i polityce (czyli najbardziej o biednej Catherine, naszej prezydentce, co się musiała dzisiaj witać z Pomarańczowym knurem). Po rozmowach kuchennych jak zwykle przechodzimy do salonu obejrzeć oferty Netflixa (kontynuacja 1670, trzeci sezon, odcinki 3 i 4).

Wróciliśmy niedawno. Nadzwyczaj ciepła noc jak na tę porę roku, ciepła i bezwietrzna, więc cicha tak, że gdyby zając, lub inne stworzenie nad wyraz zębate, rąbał jabłka w ogródku, najpewniej bym go usłyszała. Podeszłam ostrożnie do bramki, nasłuchiwałam chwilę. Jeszcze nie.

piątek, 11 września 2026

2460. Trzeba popracować oraz koncert.

Poranek ładnie pachniał, tak zauważył Fred. Wyszło więc, że znowu rano wylądowaliśmy razem w Czarnej, tym razem stolik przy oknie, judgement table, rzekła Dżaki. Przed dziewiąta musiałam wracać na stanowisko, czekać i nasłuchiwać, mielić papiery, stwarzać nowe papiery, obserwować sytuację równie fascynującą jak proces schnięcia farby.

Do plecaka wzięłam Boathouse Fossego. Dobry tekst. Ale też, myślę sobie, i powiedziałam to Kochanemu przy kawie, czytanie odciąga mnie od pisania. Nie piszę niczego. Zebrałam trochę materiałów o tacie, które leżą teraz w jednym z folderów na głównym ekranie, i nic więcej się z nimi nie dzieje od dwóch lat. Czytanie odciąga mnie również od oglądania filmów, do kina nie wychodzimy (prawdą jest, że często nie ma na co, idziemy do kinowego foyer, macamy wielkie ekrany omijając zachęty do kupienia popcornu w zestawie z colą, sprawdzamy plan na kilka następnych dni, a tam rzadka kupa).

Czyli piątek, dni śmigają. Jestem w domu wcześniej, jemy obiad i świeżo zakupione ciastka z Termon, spacer z koteczkami, przebieram się i wracamy do miasta. Kilka dni temu Kochany kupił bilety na występ Miah Persson (sopran) i Josepha Middletona (fortepian). Koncert w świętym Pietrze otwiera lokalnie sezon muzyki klasycznej 26/27. Lubię to miejsce pomimo tego, że siedzenia nie są za wygodne; otoczenie jest klimatyczne (nagrobki) oraz można liczyć na współpracę (pan kierujący ruch do kościoła stał na straży z małym, czarnym psem, przypomniał nam, że do Irlandii zjeżdża za chwilę Pomarańczowy i wiadomo, że my jesteśmy fajniejsi; kobieta robiąca fotki do lokalnej gazety).


(we wstępie, podczas rozmowy z wykonawcami, prowadzący Gavan Ring najwyraźniej nie złapał, w jaki handball grała kiedyś Persson i tłumaczył, że w Irlandii też jest to znana gra ... podczas, gdy nie jest, bo miał na myśli GAA handball, czyli coś zupełnie innego ;)). 

Dużo Mozarta, Schubert i Haydn, włoski, niemiecki, angielski, było Voi che sapete oraz Dove sono. Na szczęście nie na tyle długo, żeby twarda ławka kościelna wprowadziła mnie w zły nastrój (o dziesiątej jesteśmy z powrotem). Ach, weekend ...

czwartek, 10 września 2026

2459. Lusterko, wdzianka, ślady po zębach.

Ach, z rana nieprzyjemna sytuacja — gdy jechaliśmy w kierunku miasta, drugi samochód zahaczył nas lusterkiem. Nic grubszego się nie stało, ale od naszego lusterka odpadła obudowa, która potem okazała się popękana i świecąca dziurą. Babcia jest z deczka oszpecona :I W związku na okoliczność, zaprosiłam Kochanego do Czarnej na poranną poprawę nastroju kawą. I fajnie, opowiadaliśmy sobie o tym, jak powinna być grana Łęcka :)

W pracy nie zjadłam porządnego lunchu, zdarzają się bowiem takie osoby, które nie mając pojęcia o własnej niewiedzy pracowicie wypełniają druki odpowiedziami bez sensu; zeszły trzy godziny, po następnych dziesięciu minutach już wiedziałam, że moja odpowiedź brzmi: nie.

Kochany wyruszył na łowy do Północnej, przywiózł z Newry nie tylko zapasy kocie oraz metalowe poidełko dla ptaków, ale jeszcze prezenta żonine, dwie koszule i spodnie. Pierwsza koszula (Farhi) wiskozowo-lyocelowa na lato, bo choć z długimi rękawami, na plecach ma rozcięcie z kukardkom, druga (Thomas Pink) bawełniana, w kolorze dunkelgelb :E. No i spodnie (POLO RL), zajebiaszcze, ciemnopiaskowe dzwony z grubej, dżinsowej bawełny, za długie, trzeba będzie je podwinąć.

W ogródku nie tylko rozłożyliśmy metalowy stojak-poidełko, ale też zauważyliśmy, że tajemniczy kupkacz-obgryzek kontynuuje nocne pałaszowanie jabłek.

Skończyłam Huellego Talitę (Znak, 2020).

Hebius poleca  —  L'Arpeggiata: The Three Countertenors na NPO Klassiek.

środa, 9 września 2026

2458. Płynny wślizg w jesień.

Widzę, że Szefowa postanowiła wpadać raz w tygodniu na chat przyjacielski, bardzo ciekawe. To sobie porozmawiałyśmy jak czekistka z czekistką. Do miasta zjechał też Benedicto na swoim motórze, poszłam na spotkanie do Czarnej, rozmowa rozwlekła się ponad lunch break, gdyż była bardzo życiowa (praca, wiadomo, zjawiska społeczne, nalot migrantów, którzy znają po kilka języków, cholery ;)), po drodze jeszcze nadziałam się na Saren, it's hard it's hard, wymieniłyśmy się boleściami naszego zajęcia.

Popełniłam wykroczenie: zjadłam burrito, tak się nim ożarłam, że gdy zjechaliśmy z Kochanym na wieś, nadal nie byłam gotowa na obiad. Za to wyszliśmy na spacer z kocureczkami, a potem we dwoje nad morze. Szaro, cicho (po drodze zdybała nas Uśmiechnięta Kathleen ... znowu mamy błogosławieństwo do zużycia, oraz Gerard na spacerze z Molly), kawiarenka właśnie się zamykała, w piasku już w połowie zagrzebane wielkie truchła lwich grzyw.

Wracaliśmy przez osiedle domków notując w głowach, co nowego powstało, co wyremontowano, jak miejsce ładnieje i zyskuje na wartości. W domu przed siódmą. Obiad zjedzony po ósmej (kiedy ja to strawię?). Powoli kończę Huellego, może uda się przeczytać jedną opowieść przed kilkoma kartkami z Czarodziejskiej góry.

wtorek, 8 września 2026

2457. Jasny chłód.

Rześki, jasny poranek.
I od razu myśl, że szłabym na górę, szłabym.


Niestety, wiatr, który jeszcze kilka dni temu był całkiem ciepły, dzisiaj zrobił się jadowicie chłodny, ech.

Rozmowa krótka z tatką, który akuratnież siedział na ławeczce pod domem, chwalił się bardzo wygodnymi i nie do zdarcia spodniami roboczymi od zięcia oraz że Felek czuje się już członkiem rodziny i inaczej niż w łóżku nocą zalegać sobie nie wyobraża.

Po pracy byłam tak obżarta, że nie chciało mi się obiadu. Od razu wyszliśmy z Kochanym na spacer koci. Następnie chwilę rozmówiłam się z mamą, a potem przy herbacie zielonej kupiłam bilet powrotny, czyli ... jakoś muszę się do tej Polski dostać ... ziew ...

poniedziałek, 7 września 2026

2456. Zachłanność.

Ależ z rana uderzyła mnie tęsknota za lipcem, zdjęcia przeglądałam.

Robienie jajek w koszulkach nagle okazało się dziecinnie proste (wcześniej było coś o konieczności wlewania octu, robieniu wiru, bzdury na resorach).

W przerwie w pracy miałam napad zachłanności: ściągnęłam ok. dwadzieścia ! ebooków różnych, do rozpuku, niepomna tego, że poprzednie ataki skutkowały zapasem, który częściowo nadal śpi nietknięty w czytniku. Ach, ale to jak z lekarstwami (jak ktoś twierdził na YT), dobrze jest mieć odtrutkę na wszystko. Są książki polecane dziesięć lat temu przez Eileen (Banks, wczesny Barrett), tłumaczenie Rudzkiej na angielski, bo tak, potencjalni nobliści (Matas,Rivera-Garza), Fosse, którego nie ma jeszcze po polsku, Grynberg Mikołaj gdyż, Jansson, Woolf, Plath, Ditlevsen, Linn Ullman. No dobra – Say Nothing polecona przez Inny Głos. Kiedy powiedziałam stop była jedenasta, światło późnego poranka zajaśniało przez górny świetlik.

Gdzieś o tej porze sprawdzam na kamerze, co tam w domu. W domu nic, koty podekscytowane w oknie, tylko dupki kręcące się na parapecie widać, więc zadzwoniłam do Kochanego, czy zmierza na chatę, bo w pierwszej chwili sądziłam, że to grzebacze wrócili i okrążają nam posiadłość. Ale nie, Kochany właśnie wchodził do Kuchniosalonu. Umówiliśmy się na rocznicowy obiad.

(czekając na męża, już po tym jak przemieliłam sporą ilość papieru z poprzednich semestrów, o trzeciej, znalazłam w ebookach dwa pierwsze tomy Trylogii husyckiej, trzeci okazał się być po niemiecku, więc na razie nie, oraz dużo książek Annie Ernaux, wybrałam przypadkowo pięć po angielsku, moje!).

Ale ... hyc, hyc, w drobnym deszczu, na chwilę do Tesco, potem okrężną trasą prowincjonalną do dobrej dziury pod nazwą The Valley Inn, na obiad rocznicowy:


Znowu siedzieliśmy pod grafiką Cawstona z lisem czytającym gazetę :) I tak to ... czy to możliwe, że mija siedem lat? W domu prezent w postaci Broni chętnie zjadającej po siostrze, czyli poprawia się i dobrze, bo smutny kot, smutny dom. Prysznic, dzielimy się się kinderkami, słucham mądrych wypowiedzi Ann Russell na różne tematy, zaraz wracam do opowiadań Huellego. Dobranoc państwu :)

niedziela, 6 września 2026

2455. Szósty września.

Przespałam spokojnie całą noc, nie wiem czy to efekt picia mniejszej ilości herbaty, ale obudziłam się dopiero przed szóstą, ponownie z ulatującym już śladem sennym o tym, że zapomniałam o kończącym się urlopie i nadal jestem na wakacjach. Pierwsze trzeźwe myśli dotyczyły więc punktów orientacyjnych: jest weekend, jutro idę do pracy. 

Broniowe jedzenie chyba się normalizuje, koteczka czekała w Kuchniosalonie na poranną porcję strawy, ładnie wyczyściła miskę, poza tym już chciała wrócić do swojego gniazdka na szafie (wczoraj notorycznie zajmowała Mańce jej drapak na lodówce, do którego łatwiej jest się dostać), niestety luźne kupy się utrzymują; jeśli to potrwa dłużej, trzeba będzie do weta.

W całej rozciągłości niedziela była wietrzna i raczej ponura (nowy wentylator w wyciągu kuchennym jest na ścianie południowej, dokładnie tej z której przychodzą najgorsze powiewy, gada więc to to i grzechocze). Lista nazw sztormów Met Éireann na sezon 2026/27 zaczyna się od Austen i kończy na Wende (w poprzednim sezonie mieliśmy tylko cztery sztormy imienne, ostatni był Dave). Wende. 

Zanim jeszcze Kochany wrócił do domu, skończyłam słuchowisko Krew elfów Sapkowskiego (SuperNOWA, 2014). Dobra historia, ale zaleganie na chacie mi nie służy, odpala marazm rozwiany chwilowo dopiero przez koci spacer (chmury przebiegają szybko, mewy halsują, rzeczywiście dobrze jest móc patrzeć na drzewo). Wcześnie wskakuję do łóżka, przede mną ponad osiem godzin snu.

sobota, 5 września 2026

2454. Piąty września.

Kochany ma znowu weekend pracujący, wychynęłam z sypialni na tyle wcześnie, żeby się pożegnać. Outfit domowy mam dziwny: wyciągnęłam rano koszulę w kratę kupioną jeszcze w Polsce, w czasach Tesco (F&F). Wg nazwy na metce to nie koszula tylko rodzaj piżamy do połowy uda. Wyszperałam ją w szafie podczas wizyty w domu rodziców ostatniego grudnia. Nadawała się na lato, lato minęło :) pół soboty chodziłam w tej koszulinie i z gołym tyłkiem.

W ciągu dnia słuchałam audiobooka, rozmawiałam z kotami (Bronia drugi/trzeci dzień ma lekkie rozwolnienie, je mniej niż zwykle), coś tam wyprałam, coś tam usmażyłam na patelni. Po powrocie Kochanego wyszliśmy na krótki spacer koci, ale już w kurtkach, bo wiało. Z godzinę spędziłam grzebiąc w aktach urodzeń, małżeństw i zgonów uzupełniając informacje o praszczurach babci Mani po mieczu (jakoś pradziadków K ignorowałam do tej pory w szczegółach, a szkoda, bo to o nich chodziły legendy rodzinne, że szlachta — szlachta, imaginujcie se, jak wszyscy, w ziemi grzebiąca; nazwisko jednak brzmi, ciekawe skąd je wzięli).

piątek, 4 września 2026

2453. Szybki piątek.

No proszę, jak to na człowieka wpływa, że coś nie działa. Od rana nie działało komentowanie na blogspocie, nie że tu, nie że u mnie, u wszystkich, mniej więcej wszędzie. Oczywiście nastawiło mnie to zadaniowo, więc kopałam w poszukiwaniu wiedzy (być może chodzi o zmiany jakie gugiel wprowadza w związku z bezustanną wojną z third parties — mają obsesję na punkcie third parties, szuje). Oh, well.

Piątek nastąpił dziwnie szybko, wydaje się, że przed chwilą był poprzedni, a tu już coraz bardziej zagłębiamy się w jesienne klimaty. Dzisiejsza pogoda na dwoje babka wróżyła, w mieście padało, na wsi słońce, mogliśmy wyjść z koteczkami. Po Fredowym obiedzie oddałam się lasowaniu mózgu. Mąż przywitał też pana od gazu oraz zrobił pranie, cóż mi więc zostało? Powstrzymywać się przed zjedzeniem wszystkich mandarynek, to mi zostało :D

Skończyłam słuchanie pierwszego tomu Krwi Elfów. Herbata z granatem, zaraz prysznic, czytanka, życie domowe jako odtrutka na świat zewnętrzny. 

Tak się zastanawiam nadal nad tematem pociągniętym u Teatru: jaka jest katolicka Irlandia (z jej perspektywy dziwne, że ktoś ucieka przed katolicyzmem polskim na Wyspę, jeśli się weźmie pod uwagę zamordyzm katolicyzmu irlandzkiego w przeszłości). Yyyyyyy, to zależy, gdyż ... wszędzie zabieramy siebie ze sobą. Irlandczycy mają swoją Irlandię, która w zależności od stopnia zamożności migocze różnymi kolorami (naprawdę zamożni prawie nie stykają się z naprawdę niezamożnymi, ot może tyle, co dzielą przez chwilę chodnik, ale to wszystko). Migranci mają swoje enklawy. Albo nie mają i pozostają pomiędzy. Odległość od rodziny pomaga albo szkodzi. Narracja o emigracji zależy od tego, czy w głowie jest dobrze czy źle. Nie mogłabym nikomu doradzać "zostać czy wyjechać", za dużo zmiennych.

czwartek, 3 września 2026

2452. Deszcz.

Jeśli kto ciekaw, co robiłam wczoraj wieczorem: wytrząsałam pająka z rękawa szlafroka (duży kątnik w szoku). Oraz skończyłam czytać Nawiedzony dom Woolf (WL, 2022). Rano wyskoczyłam z grubszej gotówki, trzeba było ubezpieczyć samochód = przez najbliższy tydzień chleb i woda. Pod koniec pracy zaś mama zadzwoniła, czyli coś ważnego. I było ważne, przyszedł mandat na polski samochód, Kochany musiał poinformować użytkownika. Na to wszystko cały czas pada deszcz. 

Wcześnie dzisiaj wstaliśmy, zjechaliśmy do domu przed szóstą, resztę dnia spędziliśmy w domu, jedząc, zerkając na ostatni odcinek deserowego czerwca. Skończywszy Woolf z automatu sięgnęłam po następny zbiór opowiadań, tym razem Huellego (inny kaliber, czytam z podobnym zaciekawieniem). Młoda godzina, a ja już mam ochotę wskoczyć pod kołdrę z książką (koty się pospały, za oknem zapada zmrok).
___
edit 20:35 ach Teatru, Scarborough Fair w wykonaniu Folkal Point (byłam na tym moście, mówię Kochanemu, witałam nowy rok kiedyś tam, kiedy to było ;)).

środa, 2 września 2026

2451. Krótko.

Początek dnia zaskakująco jesienny, weszłam do Kuchniosalonu a tu krople deszczu na szybach i rześki powiew z rozszczelnionego okna. Znowu pobranie krwi, wstałam więc dopiero po siódmej, miło, mogłabym tak codziennie (mogłabym tak z późniejszym wstawaniem, nie z pobieraniem krwi; znowu miałam do czynienia z Panią Wydajną, trzy strzykawki poniżej dwóch minut, jedno wkłucie, ruchy oszczędne). Pod koniec dnia wpadła Teresa, coś jednak drgnęło, czyli czasami trzeba poczekać, nie miotać się bez sensu. Z tej okazji szarpnęłam się na Czarną; gdy wracałyśmy z kawiarni, Kochany właśnie podjeżdżał pod biuro. 

Mam ogromną ochotę wskoczyć w książkę, więc to by było na tyle, jako rzekł Stanisławski, Jan Tadeusz.

wtorek, 1 września 2026

2450. Pierwszy września.

Praca nie nastraja ekstatycznie — zmiana w przepisach dotyczących migrantów nie jest jakoś głośno omawiana, ale wyraźnie wpływa na moją działkę (sporo wolnych elektronów nagle zorientowało się, że musi coś robić, żeby się tu zakorzenić, tymczasem cudów nie ma, to jest zawsze proces; odprawiłam dzisiaj dwie osoby, jutro odprawię kolejne). 

Dostałam telefon z kliniki z datą skanu (w tym miesiącu, poza tym niedaleko).

Miałam w nocy sen, że zapomniałam szefowej wspomnieć o urlopie, a przecież jutro wyjeżdżam ... takie głupoty, widać Głowa siedzi w przyszłości i koniecznie chce iść na grzyby.

Popołudnie powtarzalne: na moment idę do sklepu za rogiem, bo wyszliśmy z makaronu (spaghetti euro pięćdziesiąt), po obiedzie rundka z kotami, zasapuję się bawiąc się z Bronią, Majk nas obserwuje i jak zwykle powtarza that's gas!, chwilę rozmawiam z Anne, która właśnie idzie wykąpać się w morzu. Wieczorem z przyjemnością przechodzę od jednej książki do drugiej i trzeciej, każda mnie ciekawi.