Strony

czwartek, 30 kwietnia 2026

2326. No przecie ...

... mnie szlag powinien trafić. W pracy problemy kadrowe się pojawiły. Jedna pindzia, nie będę wymieniała nazwiska, poinformowała mję, iż jest chora i do "końca" już się nie zobaczymy. Pomyślałam sobie, że przynajmniej uporządkuję jej papiery. I proszę. Uporządkowane (no way! u tej safanduły? prawie mission impossible). Czyli Dwie Lewe Ręce wiedziała już sześć tygodni temu, że idzie na chorobowe, i poskładała wszystko jak należy, żebym do niej nie wydzwaniała. Cunt. Poza tym audyt środkoworoczny się zaprosił. Oraz nagabuje mnie kancelista o imieniu Kiran. Na dodatek zaczęłam utrzymywać kontakt z pewną babcią, która jak na swoje 80 lat brzmi całkiem żywotnie. Wszystko to miesza, ale jednocześnie dodaje mi siły ... jeśli to ma sens. Poradzę sobie. A jak nie, to nie.

Taki mniej więcej obraz pierwszej połowy dnia. Pod koniec pracy miałam najpierw zamiar układania papierów, ale po odkryciu przemyślnego planu Safanduły vel Dwie Lewe Ręce, postanowiłam, że skoro mam już w papierowym kubeczku americanę z Pe, idę. Wyszłam i szłam, w kaszkiecie i powiewającym długim szalu, z kubkiem kawy. Zgrzałam się troszku, ale doszłam na obrzeża miasta, po czterdziestu minutach byłam u celu. Pierwszy wyszedł McSean, przyznał, że owszem, widział męża, i że Srogi Fred dla niego akurat był bardzo miły. Ba! Lubię McSeana :) Ma w sobie mroczność irlandzką, ale uśmiecha się wszystkim zębami.

Dzięki mojej marszrucie mogliśmy z Kochanym wyprzedzić korki i byliśmy wcześniej w domu. Dziewczynki bardzo dobrze same dały sobie radę.

Spokój święty. Jeszcze wczoraj zaczęłam drugi sezon Jeeves and Wooster, ale nie mogłam się skupić (przesunięcie w dynamice opowieści, albo coś innego), trudno, wrócę do niego inną razą. Myśleliśmy obejrzeć polski film, ale też rozeszło się po kościach. Zmrok jak zwykle zapadł za szybko i ... teraz właśnie uświadomiłam sobie, że przecież dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia. A gdzie kolażyk? Bedzie αύριο.

środa, 29 kwietnia 2026

2325. Realistyczne podejście ...

... naprawdę pomaga. W pracy nic mnie dzisiaj nie zaskoczyło (nie oznacza to, że poszło po mojej myśli, co to to nie, ale wątek negatywny nie zepsuł mi znacząco nastroju, odpuściłam se i niech się toczy). Pogodowo kontynuacja słonecznego chłodu i nawet nie bardzo miałam ochoty wychodzić z biura (jak trza to trza, bez rewelacji). Za to w domu ciepło, myszki w porządku, mąż zaraz obiad nastawia, i w ogóle. Zaczęłam czytać dwie książki jako dodatek do dwóch już czytanych, bo tak. Kochany przeprowadza dezynfekcję podłogi, oraz kupuje bilety na jakieś balety majowe. Jem obiad, suszę włosy, chodzę z Kuchniosalonu do sypialni i z powrotem powodowana uderzeniami gorąca. Chłód pościeli przyjemny.

wtorek, 28 kwietnia 2026

2324. Lepiej.

Część dnia zmitrężyłam na pracy psychoterapeuty za pensję pani z biura. W sumie ciekawe to było doświadczenie, bo zauważyłam, że tym razem lepiej sobie radziłam z frustracją. Realistyczne nastawienie popłaca, tylko trudno je przytrzymać na dłużej, sprawność emocjonalna faluje, wyobraźnia ucieka w milsze rejony, gdzie jestem kobietą sukcesu.

W domu same przyjemności. Obydwie koteczki, odpukać, dobrze. Mąż gotuje obiad, podczas tej procedury słuchamy ostatnich rozdziałów Grynberga Rok, w którym nie umarłem (Agora, 2025) i ostatecznie kończymy lekturę chwilę przed jedzeniem. W czasie posiłku wjeżdża najnowszy vlog Gosi ze Szkocji. Po skończonym obiedzie ubieramy się i wybywamy trasą nadbrzeżną na północ, w poszukiwaniu Anny. Znajdujemy ją tutaj:



Mały cmentarz z kościołem cabrio (możliwe, że średniowiecznym) i widokiem na morze. Sąsiadkę pochowano obok rodziców i brata, który zginął 56 lat temu. Dość mnie zajmowała ta informacja, policzyłam, że teraz miałby lat 82. Zupełnie nie warto było umierać w tamtym czasie. Nigdy nie warto.

Właśnie oddałam Anne latarkę, pogawędziłyśmy chwilę. Słońce zachodzi. Kochany wyszedł do ogródka, podlać to i owo. Pewnie wskoczę wcześniej pod kołdrę, wtorek był zimny, trzeba się dogrzać.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

2323. Początek tygodnia ...

... mieliśmy raczej nerwowy. Wsiadamy do auta gotowi lecieć do weta, a tu cisza ... akumulator padł. Fred (po chwili deliberacji nad Babcią) poszedł zapukać do drzwi Katlin (ósma rano, mind you), ale najwyraźniej byliśmy wcześniej obserwowani — Majkel już się ubierał, wyciągnął sprzęt, akcja ratunkowa nie zajęła starszemu panu więcej niż pięć minut. Zabawny jest ten bezustanny sąsiedzki nadzór (zupełnie mi to nie przeszkadza, fajnie, że kogoś obchodzi, co się u nas dzieje).

A potem niepokój, bo nie dzwonią i nie dzwonią, aż sama po pierwszej zadzwoniłam, czy z Manią wszystko w porządku. Mania także w swojej reakcji na anestetyki jest inna od Broni. Dziewczyny mają po prostu absolutnie wszystko inaczej. O ile Bronce najbardziej przeszkadzał kołnierz, Mańka dostała jasia wędrowniczka: oczy jak spodki od szklanek, miauczenie jej się zepsuło, za to kociczka gdy tylko wyszła z kontenerka, zaczęła chodzić i nie mogła przestać. Szwy są brzydkie, zrobione po cecholsku, otoczone zaschniętą krwią.

Pracowniczo nie najgorzej. Znowu obeszłam trochę miasta, odzyskałam jakieś tam pozory kontroli, aczkolwiek mam serdecznie dość kilku osób nadzorowanych. Maniedość objawia się u mnie tak, że pragnę rysować, robić zdjęcia wyłącznie artystyczne oraz lepić garnki ... (oczywiście tego nie robię [tylko zerkam na fotki przez Grynberga uczynione, skoro już słucham jego opowieści szpitalnej], co najwyżej wracam do domu, smażę morszczuka albo wycieram stare siuśki z podłogi). Pogoda dziwna, pomiędzy wiosennym ciepłem, a letnią burzą. Na głowie pork pie, dwustronny płaszcz, dzwony, cichostępy.

Jeeves and Wooster 1.5. Rozmowa z mamą, kotów okazanie.

niedziela, 26 kwietnia 2026

2322. Niedzielne lenistwo.

Z rana okazało się, że w nocy Bronia jakoś pozbyła się kołnierza. W ciągu dnia jest znacznie lepiej, ściągam jej kołnierz na jedzenie, kuwetowanie i spanie na czyichś kolanach. Do rozgrzebanych lektur dorzuciłam słuchankę Grynberga z Audioteki, Rok w którym nie umarłem. Raptem trzy godziny, więc zaraz skończę. Albo nie. Jeeves and Wooster 1.4. Kawa w ogródku. Spacer nad morze. Lody w wafelku.

Jeśli chodzi o spacer nad morze, dałam się uszczypnąć krabowi (Corystes cassivelaunus?):


Jeśli chodzi o lody, większość konsumpcji dokonała się w ogródku (pogoda jeszcze jako tako, choć zapowiadano deszcz):


Mąż zrobił obiad i dzień prawie skończony. Od dziewiątej dieta Mańkowa, bo jutro jej kolej. Tak że tak. 

sobota, 25 kwietnia 2026

2321. Przyjemności i zmartwienia.

Po wczorajszym bólu dupy dzień zupełnie domowy, tylko wczesnym popołudniem wyjechaliśmy do Termon po dwie tartaletki na deser. Po pierwsze jednak, późno wstałam; gdy się wygrzebałam z wyra o dziewiątej, Kochany był już po śniadaniu. Zajęłam się rozwieszaniem prania, gotowaniem rosołu i towarzyszeniem rekonwalescentce, podczas gdy mąż szalał w ogródku: przekopywał górkę Rysiową, odkurzał Babcię, czyścił rynny. Bo dzień był po temu idealny, temperaturowo niby bez ekscytacji, jakieś 14-15 stopni, ale za to krajobraz bez jednej chmurki, bezwietrznie, upojnie. Rozmawiałam z mamą, rodzice mieli podobny pomysł, tylko ogródka więcej; mama przy Co ludzie powiedzą stwierdziła, że siły jej uciekają.

Rekonwalescentka:


Bronia zaczęła lizać ranę, więc pod wieczór trzeba było założyć kryzę.

Po rosole, rozsiedliśmy się w ogródku przed domem z kawą i tartaletkami. Poza tym na zdjęciu białe kalie od Katlin, które każdego roku rosną niezrażone jak chwast, rząd wrzosów kwitnących przez większość roku (nawet w styczniu), busz pod oknem, z rozmarynem i pszonakiem Bowles's Mauve na pierwszym planie, jeden z trzech kwiatów Delnashaugh (możliwe, że i one zostały zaatakowane przez wredną muchówkę i dlatego w tym roku nie są tak spektakularne), oraz kwiat elstara, może już ostatni, bo jabłoń ciężko choruje.







Piękny dzień. Jeeves and Wooster 1.3.

Wieczorem skończyłam słuchać Los, który dziedziczysz Orvos-Tóth (Agora, 2024). Potem już tylko zmartwienia Broniowe i rozkminki jak jej pomóc.

piątek, 24 kwietnia 2026

2320. Stres.

Ależ miałam wkurwiający dzień w pracy, po prostu apogeum (choć oczywiście na twarzy spokój). Po południu znalazłam się daleko po drugiej stronie miasta, za to blisko mojego pierwszego pracodawcy. Piątek jak na złość cieplutki, więc marszruta z tych męczących (coś tam poszło po mojej myśli, ale skupiam się na negatywach). Wisienka na torcie taka, że po trzeciej miałam być u gp w celu wysłuchania, co znaleziono w mojej krwi. Otóż spóźniłam się. Ale mnie przyjęli. Odpowiedź: prawie nic ciekawego. Ale jeden wynik mam podwyższony. Jako, że dochtór prorokuje, że to echo zaprzeszłego zapalenia, mam powtórzyć test za miesiąc. Już jestem umówiona na kolejne kłucie. To prawda, że w pewnym wieku człowiek zaczyna się sypać. 

Pod dyktando stanu kociego, Kochany zostawił mnie u gp i pojechał do portu, żeby kupić rybę z frytkami na obiad. W międzyczasie tak się przegłodziłam, że niewiele z pysznej ryby mi weszło. Mąż pojechał jeszcze raz do miasta, tym razem zrobić większe zakupy na weekend; zostałam w domu, żeby towarzyszyć kotom w ich odpoczywaniu. Czyli wszystko mnie irytuje, bo też martwię się, że Broni nie wychodzi noszenie kołnierza, że zrobimy coś źle, że z Mańką w poniedziałek będzie znacznie gorzej. Nawet drugi odcinek Jeeves and Wooster nie poprawił mi znacząco nastroju. Not good.

czwartek, 23 kwietnia 2026

2319. Weterynaryjny czwartek.

Dzień zaczął się mało komfortowo, zawoziliśmy myszkę Bronię do weterynarza na nieprzyjemną procedurę. Koteczka oczywiście energicznie protestowała i pozostawała niepocieszona. W klinice wyjaśniono nam co i jak, mąż podpisał papier i musieliśmy ją zostawić samą na kilka godzin. Wróciłam do pracy, Kochany wrócił do domu. 

Po raz kolejny widzieliśmy się po drugiej. Trzeba było odebrać Bronię po sterylizacji. Pani poopowiadała nam możliwe scenariusze, nie przewidziała natomiast, że nasza myszka jest mistrzynią wysmykiwania się z uprzęży, więc kołnierz to dla niej pestka, poza tym może inne koty nie lubią jeść po zabiegu, ale królewna jest ponad to. Wszystkie te nieścisłości w przewidywaniach mąż wziął na klatę, podczas gdy ja ponownie wróciłam do biura.

Skoro tak rzadko jeżdżę autobusem kolekcjonuję obserwacje: np. na rogu Cross Lane zniknął zielony gąszcz razem ze skrywającym się w buszu pustostanem, ostał się niski murek i martwe pieńki wielkich drzew... albo: kobiecie wyglądającej na Meksykankę, którą pamiętam jak kiedyś podróżowała z dzieckiem, wyrosła broda (pewnie jest w procesie tranzycji; nadal mieszka w tej samej wsi) ... albo: ależ piękny jest nasz zakątek, błękitna woda zatoki z białymi piuropuszami wielkich fal. Przy drodze do osiedla spotkałam Gerarda, z tego powodu wiem teraz, że białą terrierkę o imieniu Molly ma już od kilkunastu miesięcy.

Późniejszym popołudniem Bronia powoli dochodziła do siebie, pozwoliła nawet założyć sobie na powrót kołnierz. Za to Mańka nie mogła przeżyć olfaktorycznej podmianki i syczała na siostrę jak na obcego. Na obiad pierogi z gotowca (znowu mieciu w tle), potem życie rodzinne: telefon do mamy (pokazuję jej Bronię), Fred dzwoni do brata z okazji na okazję, Anne wpada na chwilę (pożyczyłam miękki kołnierz Junony, na wszelki wypadek, bo jak przyszło co do czego, pozostawiliśmy sprawy własnemu losowi — Bronia znowu ściągnęła kołnierz weterynaryjny i zasnęła w ulubionym drapaku, nie było sensu jej nagabywać, potencjalne szkody oszacujemy o poranku).

Na odsapkę, bo w cholerę ciężki emocjonalnie był to dzień, Jarmusch, Father Mother Sister Brother (2025).

środa, 22 kwietnia 2026

2318. Ponowie ...

... kręciłam się po mieście, przeszłam na drugą stronę rzeki, robiłam zdjęcia kwitnącym japońskim wiśniom, a potem wracałam z kubkiem kawy do biura (po drodze spotkałam szefową). Zrobiłam trochę papierkowej roboty, wcześniej odbyłam jedno spotkanie, później obejrzałam pierwszy odcinek Jeeves and Wooster, skończyłam czytać Szyszkowską (bogowie!), poczekałam grzecznie na Kochanego i wróciliśmy do domu (po drodze zahaczając o rzeźnika i babeczki z owocami).

Gdy tylko wyszliśmy z samochodu, przywołała nas Moira, żeby podzielić się bardzo świeżą a smutną informacją: tego popołudnia zmarła Anna, nasza sąsiadka z domku po lewej, której nie widzieliśmy od kilku miesięcy (po ostatnim pogorszeniu zabrano ją ponownie do domu opieki, to musiało być w czasie mojej nieobecności, bo w tej chwili nie mogę tego ostatniego razu umiejscowić w konkretnym miesiącu, w każdym razie Anna miała ciężką drugą połowę zeszłego roku i nie zapowiadało się, że wróci do samodzielności). W ostatnich latach nie byliśmy już tak blisko, ale pamiętam ją z epoki Rysiowej, gdy w potrzebie opiekowała się naszym kotem. Bardzo ceniła sobie niezależność, możliwość prowadzenia samochodu ... ostatnio samotność chyba coraz bardziej jej doskwierała.

Myszy znowu narozrabiały w Kuchniosalonie, zanim zdążyliśmy ogarnąć bałagan miałam ochotę już tylko położyć się i pachnąć. Kochany zrobił obiad, zjedliśmy, dopchaliśmy babeczkami oglądając archiwalny odcinek mieciowego Masochisty. Niedawno zajrzałam do Anne, żeby powiadomić ją o śmierci Anny; sąsiadka zaoferowała miękki kołnierz po Junonie, jeśli jutro Broni nie spodoba się weterynaryjna kryza. Tymczasem dobranoc, pchły na noc, idę pod prysznic, potem jeszcze chwilę pomyślę o życiu ...

wtorek, 21 kwietnia 2026

2317. Wtorek ...

... w jakimś sensie podobny do poniedziałku, tylko gorzej spałam. W pracy zrobiłam ciut więcej sensownej roboty, jakbym się nieco przebudziła, może jutro nadgonię kilka następnych rzeczy, bo jednak trzeba. Kochany też zmęczony, a wziął jeszcze środę pracującą. Z kolei w czwartek, wiadomo, ktoś musi być z myszami w domu. Chyba już zaczynam się martwić, i tak o ...
___
edit 21:13 ciemno za oknem, ale w oddali nadal słychać (ga)wronie krakanie. Nietypowe. Poza tym, tak teraz myślę, trzeba tatce sprezentować Traktat o łuskaniu fasoli, spodoba mu się.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

2316. Książki, praca, wiosna.

O kurcze, Jarno robi Myśliwskiego, pomyślałam wczoraj wieczorem po przeczytaniu kilku pierwszych stron Światłoczułości. Tego samego wieczoru wróciłam do Myśliwskiego, więc podobieństwo nie mogło mnie nie uderzyć. Będą dwie ciężkie historie, w audiobooku opowieści o traumach międzypokoleniowych (już mam swoje krytyczne uwagi), czemu by więc nie dorzucić sobie Szyszkowskiej Człowieka uwikłanego? To książka do noszenia do pracy, będzie się czytało po kawiarniach i w biurach.

Poniedziałek znowu ładny, jak na złość, bo oboje z Kochanym siedzimy w pracy, w odległości kilku km od siebie. Królowa dramatu, której dzisiaj oczekiwałam, oczywiście znowu nie przyszła. Za to rano napisała maila, czyli jest postęp (niestety dyscyplinowanie i dzwonienie po rodzicach musi mieć charakter cykliczny, jedna zbyt przyjazna rozmowa i następuje kolejna obsuwa z terminami; psychologicznie bardzo to jest ciekawe, z punktu widzenia zarządzania zasobami ludzkimi zwyczajnie wkurwia; tak swoją drogą można by na tym przypadku stworzyć pracę doktorską o korzyściach płynących z chorowania).

Kręciłam się trochę po mieście, rano wiadomo, kawiarnia, potem charity shop w ramach wsparcia, w drodze powrotnej spacer do muffinki z malinami, później polski sklep, więc zdjęcie:

Kolejny luźny dzień, czyli sama musiałam się zdyscyplinować do robienia postępów. Chyba poległam troszku. Za to po pracy spoko; zjechaliśmy do Termon, irlandzkie steki i sos pieprzowy, plus polskie buraczki z jabłkiem. Wyjście z koteczkami do ogródka (Lisa i Ethan podziwiali energię Mani i wybałuszone oczyska Broni), obiad, to i tamto, patrzę w okno, a tam ciemno.

niedziela, 19 kwietnia 2026

2315. Ach ...

... słońce, wiosna! Od razu rozebrałam pościel i do pralki. Na śniadanie pasta z tuńczykiem i jajkiem. W uchu Los, który dziedziczysz Orvos-Tóth. Po rozmowie z mamą i śniadaniu, o jedenastej wyszłam na godzinny spacer. A tu osiedle ciche bardzo, więcej ptaków niż ludzi, tylko przy samej plaży kilkanaście osób, w kawiarni szemrze radio, morze plumka. Taką piękną torebkę syreny znalazłam:

Na pierwszy rzut oka wyglądała na pełną, ale nie, raja wydostała się na świat, miejmy nadzieję, że szczęśliwie. Zimowe sztormy odsłoniły krokodyle:

Siedziałam chwilę w kamiennym zakątku, chłonęłam atmosferę. Żal wielki, że mąż musiał jechać do pracy. Zgryzota, bo nie mam dobrego kremu z filtrem (chowałam się pod czapką z daszkiem). Gdy byłam w drodze powrotnej, z osiedli zaczęło dobiegać pomrukiwania kosiarek, poza tym jednak bardzo wolne ruchy społeczeństwa, parę osób siedziało w swoich ogródkach, biły dzwony na mszę.

Gdy wychodziłam tulipany Little Princess (jedyne jakie przetrwały ostatnie dwa lata) jeszcze spały, godzinę później rozdziawiły paszcze do słońca:

Znowu pracowałam nad genealogią, tym razem zajrzałam do akt z miejscowości o bałamutnie poetyckiej nazwie Róża. Po powrocie męża z pracy od razu zjedliśmy obiad i wyszliśmy z dziewczynkami na dwór (wystarczy, że znika słońce i na powrót robi się chłodno). Obejrzałam ciekawy odcinek miecia, gdyż jest w nim przepis na gar zupy ogórkowej za 4 zeta. Prysznic, herbata, pościel pachnąca wiatrem (poza kocem, który trzeba było wrzucić do ponownego prania z powodu ptasich kup ;)).

sobota, 18 kwietnia 2026

2314. Norowanie.

Obudził mnie głos Kochanego, któremu Manisława wylała kawę tuż obok laptopa :) Była okazja pożegnać się z mężem, gdy zmierzał do pracy. Zaczęłam dzień od prania, poranek jeszcze szczypiący zimnem, ale wyjście do ogródka w celu rozwieszenia mokrych ubrań było przyjemnością (zawinęłam się w kaszmir wielkiego szala). Dosłuchałam do końca Czwartkowy Kub Zbrodni Osmana (Agora, 2023).

Potem nic. Drzemałam, myślałam, robiłam obiad. Po obiedzie, gdy siedzieliśmy z Kochanym przy laptopach, wpadły mi w ręce akty urodzenia z Majdanu Sieniawskiego, niepełne, ale .. wystarczyło, żeby znaleźć prababcię Helenę, córkę kowala, i poznać nazwisko panieńskie jej matki. Prześledziłam też narodziny jej rodzeństwa. Troje dożyło dorosłości, przynajmniej sześcioro zmarło w dzieciństwie :I Rozjaśnia się zagadka zniknięcia. Mogłabym tak siedzieć i dzióbać całą noc. Zdecydowanie minęłam się z powołaniem.
___
edit następnego poranka: tak byłam podjarana znaleziskami, że zapomniałam zapisać rozmowę z mamą. Rodzice mają pod domem szambo, magiczne szambo, gdyż szambo z dnem (czyli rzadko w Polsce występujące). Ostatnio jest kłopot z jego opróżnianiem, bo gmina zrezygnowała z usług gościa, który ma odpowiedni sprzęt i podpisała umowę z panem, który pogina jakimś ciągnikiem. Mniejsza o ciągnik jednak, byle system działał, tymczasem już drugi raz gdy tatko dzwoni po usługę, pan usługujący nie może, gdyż jest zarobiony (głos w słuchawce wskazuje na odmienne stany świadomości). Nowy pan usługujący jest rodziną pani sołtys. Reszta sąsiadów udaje, że ma szamba z dnami, zamawiają wywóz raz na rok, żeby mieć rachunek w razie kontroli. Nikogo nie obchodzi, że ilość wody dostarczonej do gospodarstwa domowego nijak ma się do ilości wody oficjalnie zużytej. Polska, mój kraj taki piękny.

piątek, 17 kwietnia 2026

2313. Odłączenie.

Nie pamiętam, o czym miałam napisać. Na pewno byłam w pracy (i tatko zadzwonił wcześnie rano, zanim wyruszyliśmy do miasta, chciał coś powiedzieć o wujku Freda). Rządziłam i dzieliłam. Potem udałam się do Dunnesa w Szkocie, ponieważ musiałam porozmawiać z kobietą o imieniu Tracy (nie wiedziałam, że to Tracy, miałam wrażenie, że chodzi o Shane'a). Porozmawiałam, sprawa została załatwiona, po drodze napotkałam wśród regałów Anitę; się wyjaśniło, czemu jej ostatnio nie widujemy jak płynie przez osiedle ze swoimi psami: jeszcze w zeszłym roku operowali jej kręgosłup. Anita przelewając się przez wózek z zakupami opowiedziała mi swoją część i zapytała o moją (jak się koty, mianowicie, nazywają). 

Po powrocie do domu rytualny spacer z kotami (Mańka biegała jak szalona i nawoływała chłopaków), rozmowa z Anne, która właśnie wróciła ze spaceru, słuchanie kryminału, który się przyjemnie rozkręcił i ... światło mi zgasło. Nagle poczułam, że muszę się położyć, a gdy wstałam (dokładniej, gdy mąż mnie zbudził), było przed dziewiątą, za późno na obiad, czy wyjście do sklepu, żeby dokupić makaron. Mimo wszystko, mąż zaczął pichcić, z makaronu zrobiły się kartofle, powoli wydobywam się z mgły mózgowej (Kochany wcześniej nie mógł mnie obudzić, bo godzinami siedział pod kotem — Mania przestaje żałośnie miauczeć tylko wtedy, gdy nosi się ją na rękach, czyli w domu mamy cyrk; panna Bronisława albo coś demoluje, albo siedzi pod samym sufitem i obserwuje sytuację, co mnie wcale nie dziwi). Chyba jestem chora, nie wiem na razie na co. Zaraz będzie obiad.

czwartek, 16 kwietnia 2026

2311-2312. Z otchłani nieróbstwa.

W środę niechciej totalny, do tego stopnia, że rano zamiast cisnąć do pracy od razu, zaprosiłam Kochanego na kawę i zwlokłam się do biura dopiero o dziewiątej. 

Nic nie szkodzi, nikt nie zauważył, choć szefowa zaskoczyła mnie nawiedzając Jamę dwie godziny później. 

Łeb mi wysiada. Skąd wiem? W końcu przejrzałam finanse za przeszły rok i nie potwierdziłam błędów o których byłam przekonana, że tam są. Tylko grudzień się mi wykrzaczył, ale to już wszyscy wiemy. Czyli dobra nasza, jest pozytyw, mogę dalej wypoczywać :E

Czytam dwie książki, ale na dobitkę postanowiłam czegoś słuchać, wybrałam pierwszą część cosy crime Richarda Osmana, no i jak na złość na razie jakieś to nudne (a miało być łatwe i porywające). Wieczorem za oknem plumka deszcz.

Poranna odmiana czwartkowa: słońce świeci, ptaszęta śpiewają, oboje mamy ochotę rozpędzić się i jechać aż do Donegalu; w drodze do miasta ukazuje się nam dziki królik gnający środkiem asfaltu. A może to był zając? W każdym razie zwolniliśmy, stworzenie zrobiło to samo, następnie skręciło w prześwit między żywopłotami i tyle je widzieliśmy. Kupiłam Kochanemu kawę i maślany rogalik z pistacjami, całus, mąż do roboty; zasiadłam przy kawie i ... niespodziewanie skończyłam czytać wypożyczoną z biblioteki książkę Cusk. Sądziłam, że mam przed sobą jeszcze z trzydzieści stron, ale nie :) Chyba znalazłam nową, ciekawą pisarkę.

W pracy kolejny dzień sążnistego obiboctwa, Benedykt wpadł wypełnić referencje, chwilę później przyszła szefowa, głównie, żeby się z nim spotkać, we troje udaliśmy się na kawę do Pe (to był druga poranna kawa dla mnie, więc wzięłam na wynos). Poza tym audiobook, parę maili, burrito na lunch i najbardziej zmotywowana dziewczyna, która po czwartej znalazła czas, żeby wpaść i pokazać mi zdjęcia.

Krótko cieszyłam się z odmiany pogody. Gdy wracałam z mężem przez prowincję, sprawy miały się identycznie jak wczoraj: deszcz, góry na horyzoncie po raz kolejny zostały odwołane. Fred zrobił obiad (kurczak curry z ryżem), słucham kryminału, Mańka sika i zawodzi pieśni godowe.