... mnie szlag powinien trafić. W pracy problemy kadrowe się pojawiły. Jedna pindzia, nie będę wymieniała nazwiska, poinformowała mję, iż jest chora i do "końca" już się nie zobaczymy. Pomyślałam sobie, że przynajmniej uporządkuję jej papiery. I proszę. Uporządkowane (no way! u tej safanduły? prawie mission impossible). Czyli Dwie Lewe Ręce wiedziała już sześć tygodni temu, że idzie na chorobowe, i poskładała wszystko jak należy, żebym do niej nie wydzwaniała. Cunt. Poza tym audyt środkoworoczny się zaprosił. Oraz nagabuje mnie kancelista o imieniu Kiran. Na dodatek zaczęłam utrzymywać kontakt z pewną babcią, która jak na swoje 80 lat brzmi całkiem żywotnie. Wszystko to miesza, ale jednocześnie dodaje mi siły ... jeśli to ma sens. Poradzę sobie. A jak nie, to nie.
Taki mniej więcej obraz pierwszej połowy dnia. Pod koniec pracy miałam najpierw zamiar układania papierów, ale po odkryciu przemyślnego planu Safanduły vel Dwie Lewe Ręce, postanowiłam, że skoro mam już w papierowym kubeczku americanę z Pe, idę. Wyszłam i szłam, w kaszkiecie i powiewającym długim szalu, z kubkiem kawy. Zgrzałam się troszku, ale doszłam na obrzeża miasta, po czterdziestu minutach byłam u celu. Pierwszy wyszedł McSean, przyznał, że owszem, widział męża, i że Srogi Fred dla niego akurat był bardzo miły. Ba! Lubię McSeana :) Ma w sobie mroczność irlandzką, ale uśmiecha się wszystkim zębami.
Dzięki mojej marszrucie mogliśmy z Kochanym wyprzedzić korki i byliśmy wcześniej w domu. Dziewczynki bardzo dobrze same dały sobie radę.
Spokój święty. Jeszcze wczoraj zaczęłam drugi sezon Jeeves and Wooster, ale nie mogłam się skupić (przesunięcie w dynamice opowieści, albo coś innego), trudno, wrócę do niego inną razą. Myśleliśmy obejrzeć polski film, ale też rozeszło się po kościach. Zmrok jak zwykle zapadł za szybko i ... teraz właśnie uświadomiłam sobie, że przecież dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia. A gdzie kolażyk? Bedzie αύριο.

















