środa, 15 stycznia 2020
29. Post.
Fred przyjechał tak późno, że nie miał czasu obrócić na poranną zmianę. Podjął jedyną słuszną decyzję, że je śniadanie i idzie spać. Ja: mundur do prania, jajko na miękko i czarna herbara z miodem, po czym wróciłam do łóżka. Obudził mnie Thomas, który tuż przed jedenastą zapukał z zawiniątkiem "fresh, nice fish". To już drugi raz w tym miesiącu. Thomas był rybakiem i nadal trzyma rękę na pulsie. Dzięki pobudce przypomniało mi się, że dzisiaj jeździ śmieciarka i zbiera kompost. Mamy trzy duże kubły (nie, nie zastanawiam się, czy ktoś potem te posegregowane odpady zrzuca na jedno wysypisko. Pod tym względem jestem normalna. W sensie naprawdę n o r m a l n a). Dzisiaj duuużo czarnej herbaty, żołądek dokucza od rana. Fred jest przemęczony i też źle się czuje. Aktywizujemy się po szóstej, wychodzimy w mrok, tylko dlatego, że zakupy same się nie zrobią. A skoro ten punkt mamy już odhaczony ... (małżonek stoi teraz przed domem i rozmawia z Katlin, która naprawdę w detalach musi mu opowiedzieć o alarmie. Tym, który jest zepsuty. Wiemy, bo go słyszymy o różnych porach dnia i nocy) ... kto wie, może nawet zjemy obiad?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.