___
edit 22:17 Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową (2010) — film dokończony przez nas chyba tylko ze względu na Zapasiewicza. Nie dlatego, że to była sensownie zagrana rola, ale bo go lubię. Wysoce pretensjonalny tytuł był ostrzeżeniem, ale nie posłuchalismy. Jak to możliwe, że taki badziew był swego czasu tak dobrze oceniony? Dobre małżeństwa wspierają się także w złych chwilach. Dotrwaliśmy z Fredem do końca filmu ściskając swoje dłonie. Recenzja małżonka:
— Ja pierdolę!
___
edit 22:53 Jak dobrze mieć sasiadkę (Anne) z naprzeciwka, która wracając z pracy zauważa, że świeci nam się lampka w samochodzie i nie zachowuje tego dla siebie, tylko pisze nam o tym na messengerze.
W Polsce byś musiała jeszcze na majstra czekać przynajmniej do wtorku :)
OdpowiedzUsuń:D Nie zastanawiałam się nad tym. Czyli dobrze, wtorek mamy dla siebie ...
UsuńJestem zły, taki temat, a tak koncertowo spieprzony przez Zanussiego. Z trudem przypominam obie momenty, gdzie aktorzy grali jakieś emocje. Zazwyczaj reakcje od czapy, jakby z przeintelektualizowanych rozmów u Woody'ego Allena. Tylko że Woody ironizował i kpił z pseudointelektualnej elity Nowego Jorku, a Zanussi tak na serio. A taki był potencjał: zachowanie w obliczu śmierci, relacje umierającego z byłą żoną. Zanussi chyba nigdy nie odwiedził oddziału onkologicznego, a jeśli to zrobił, to coś słabo obserwował. Podtrzymuję pierwszą recenzję "na gorąco".
OdpowiedzUsuńNaprawdę nadal trudno mi uwierzyć, że to taki słaby film. Raz, że temat mocny, starczyłoby go na monodram, po drugie skąd te nagrody? Postacie gadają do siebie jak powalone, sztuczne reakcje, to co miało być filozoficzne sprowadzone do nieszczęsnego Pascala ... przez ostatnią godzinę walczyłam ze sobą, bo miałam ochotę przeczytać streszczenie na wikipedii i podziękować.
Usuń