Z rana słoneczko za oknem świeci, w oknie kot wystawowy, mąż śpi, w głośnikach Beatelsi śpiewają na Revolverze (1966). Sobotę spędziliśmy bezwyjściowo, mimo słońca było wietrznie i zimno. Najbardziej aktywny z naszej trójki okazał się Rysio, który kilka razy wyruszał na patrol. Gdy Fred wstał na kawę, zagrała nam płyta the best Dexys Midnight Runners, Let's Make This Precious (2003). Wyprane ręczniki tylko chwilę łopotały na wietrze. Musiałam je zdjąć przed obiadem, żeby sobie w konsumpcji nie przeszkadzać obserwacją burawej chmury, która w końcu przytelepała się z zachodu. Na świecie pewnie się dzieje, ale nie u nas. Wieczorem było Party przy świecach (1980), kolejny film ze scenariuszem Himilsbacha (dopiero dzisiaj zauważyłam, że zagrał w nim Dziędziel).
Mamy z Fredem mocne postanowienie poprawy — chcemy chodzić spać o tzw. ludzkiej porze. Czy muszę dodawać, że kiepsko nam idzie? Sobotę kończę rozmawiając przez messenger z Danką. To raczej rozmowa uaktualniająca naszą znajomość, niż bogata w info o byłej pracy i znajomych. Danka mieszka na miejscu, ale wyautowała się z relacji, które jej nie służą. Szanuję.
Też powinienem wcześniej się kłaść spać. Zdecydowanie :)
OdpowiedzUsuńJuż miałam takie zrywy poprawy i udawało się, na krótko. Teraz to konieczność, bo jednak o 9 rano muszę już być przytomna.
Usuń