W niedzielę w sprawie konta bankowego dowiedziałam się tylko tyle, że nikt mi się na nie nie włamał. Dwa płukania zatok. Prowadziłam samochód spod Drołdy do domu i zjechałam nieco z drogi. Strasznie mnie to rozwaliło emocjonalnie. Świeży chleb z bananem na późną kolację trochę pomógł mi w smutkach.
W poniedziałek obudziłam się z muzyką Barry'ego do Tańczącego z Wilkami w głowie. Skąd ona tam, nie wiem. Pełna rezygnacji jeszcze przed śniadaniem połączyłam się z moim dostawcą telefonicznym (nie, nie mogą rozwiązać mojego problemu). Od jedenastej było milej. Właśnie, gdy kliknęłam na link zoom, do drzwi zapukał Majk z dostawą cieplutkich sconesów od Katlin. Katrina nakreśliła mi obraz tego, co dobrze byłoby zrobić, z sugestią, że możliwe jest sfinansowanie przez nich studiów, jeśli zdecyduję się kontynuować te rozgrzebane w polskim systemie. W międzyczasie Fred wrócił niespodziewanie wcześnie z pracy (wyjechał z domu na piątą rano) i za kamerą pomachał mi torbą z pączkami. Poszedł spać, a ja po rozmowach telefonicznych/wideo z kolejnymi trzema osobami z Obsługi Zdesperowanego Klienta w końcu zalogowałam się do banku.
Oglądałam jakże zajebistą Bernadette Banner rozprawiającą o kieszeniach i równie zajebistą Rachel Maksy robiącą sobie XIX-wieczne fryzury. Chyba jednak nie kryzys, trzeba spiąć poślady i podjąć decyzje.
Wieczorem dołączyłam do długiej Freda rozmowy z Krakusami (urodziny Krakuski). Optymistyczny jest taki koniec dnia.
A może zamiast walczyć z systemem pora zmienić bank?
OdpowiedzUsuńTo jest moje konto awaryjne, nic tam takiego nie mam, trzymam je na ewentualność korzystania z polskiej karty kredytowej. Więc nie opłaca się. Zresztą to niezły bank (nie mam złudzeń, że zalogowanie się do innego potrwałoby w tej samej sytuacji szybciej).
Usuń