Dzień wietrzny, mokry, zmienny, wypełniony czynnościami zwykłymi, albo nie nadającymi się na bloga ;). Po obiedzie (był dorsz) analizujemy kiepskość Hoffmanowego Ogniem i mieczem w porównaniu z jego wcześniejszymi filmami. Gdy Kochany rozmawia ze szwagierką wychodzę do łazienki umyć włosy, i w ten sposób omija mnie ekspresowa wizyta Ka & Jot. Przez szum wody słyszę jakieś ekscytacje i trzask drzwi, ale w kuchni dopiero po jakimś czasie zauważam kawałki lejzi kejka robionego przez Jot. Fred rozmawiał z Usz o kotach (a jakże!) oraz o nowym pomniku na cmentarzu. Oczywiście zaproszenia do nas zostały wielokrotnie powtórzone. Stawy mnie bolą, szczególnie haluksy, chyba przez pogodę, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby tydzień był fizycznie wyjątkowo nadwyrężający. Kochany przygotował sałatkę z tuńczyka, więc kolacja też pyszna.
Mama też już zaczyna gadać o pomniku, ale u nas będzie pewnie dopiero za rok.
OdpowiedzUsuńDla mnie to jest dziwny temat (pomniki), najchętniej w ogóle bym się tym nie zajmowała. No ale też rozumiem: pomnik pozwala ograniczyć liczbę organizacyjnych wizyt na cmentarzu.
Usuń