Tak mnie zmęczyły noce bez Freda, że dzisiaj nawet nie wiem, kiedy wrócił, zasnęłam snem niedźwiedzicy. Początek dnia nie zapowiadał niczego szczególnie przyjemnego, od rana mżył deszcz, wysiadywałam w domu kompulsywnie gmyrając w drzewie genealogicznym. Nawet nie zjedliśmy porządnego obiadu, Fred od razu wsunął pierogi na późne śniadanie. Potem się niespodziewanie rozpogodziło, a nas kopnął jaś wędrowniczek.
Pojechaliśmy najpierw na zakupy spożywcze, a tak naprawdę to przejść się po hipermarkecie i spod TK Maxxa, gdzie był zaparkowany samochód, pomaszerować do Costy. Po kawie był rozwlekły powrót samochodem na wieś w towarzystwie trzypłytowej, punkowej składanki Lust For Life: The Music That Changed A Generation (Fred kupił na którymś wyjeździe, zapewne będziemy jej słuchać w czasie podróży autem jeszcze nie raz). Weszłam do domu tylko na chwilę, bo Kochany zaproponował spacer z kotem dookoła osiedla. Voilá:
I niebo nad osiedlem, prosz:
Po drodze napatoczył się Dżejmi, który bardzo zapragnął Ryszarda pogłaskać, więc mu kot powiedział co o tym myśli.
Przyjemnie, jasno, dość ciepło. Chciałam jeszcze. Żeby nie łazić na głodniaka, przy płycie Hejzela (Fred wcześniej rozmawiał z nim przez telefon, panowie coś tam kręcą akcję z pokazem filmu połączonym z koncertem) napchaliśmy się na szybkiego sałatką jarzynową z polskiego stoiska w Tesco. Potem podjechaliśmy samochodem na parking przy plaży. Ładnie, jakieś chłopaki w negliżu grające w piłkę, parę pań pływających w zimnej wodzie, kilka rodzin z psami. Po piachu skacze mnóstwo pcheł, bo akurat zaczął się odpływ, kolację trzeba zjeść przed zachodem słońca, nie? Fred mnie tula. Dobrze mi, no, co zrobić ;)


U mnie dzisiaj na obiad był makaron na mleku :)
OdpowiedzUsuńTo brzmi tak nieapetycznie!
UsuńJakie sliczne baranki!
OdpowiedzUsuńNarobiłaś mi cholernego apetytu na pływanie. Niechby i nawet w zimnej wodzie, byle morskiej...
Ja niestety nie pływam. Za to inni moczą się w naszym morzu bez względu na pogodę.
Usuń