Tak czy siak, musiałam się wybrać do miasta, bo zakupy na weekend, bo wizyta w housingu, bo omówiony lunch. Kiedy wyjeżdżam później niż o poranku, dzień mam jakiś takiś rozgrzebany, ciągle sprawdzam godzinę, czy to aby na pewno ta godzina, a nie inna. Ale wszystko poszło gładko, Ryszard towarzyszył mi na przystanku, pewnie z uwagi na to, że kilka chwil wcześniej głośno tłumaczyłam dwóm Belgijkom którędy do naszej plaży i kot usłyszał mój głos leżakując w ogródku sąsiada (bardzo był dzisiaj hipertowarzyski i miziasty — Ryszard, nie sąsiad — coś jak po kocimiętce, to może być efekt leku).
Koncepta przyjęła moje podanie o wymianę drzwi, mają dwa tygodnie do namysłu i zobaczymy, co dalej. Skoro już znam Konceptę, będę się powoływała na nią, jeśli np. ktoś zapyta, dlaczego składam następne podanie, tym razem o remont łazienki. Taki plan mam niecny i zamierzam go wykonać. Potem szybkie zakupy w Tesco i byłam w Il Forno przed trzecią. Bardzo to było miłe spotkanie, Anne opowiedziała mi o swoim niewidzialnym przyjacielu z dzieciństwa, Pookleberry Nose. Niestety eksperyment bezkawowy został złamany, bo wypiłam jedno cappuccino. No cóż ;) Gdy wracałyśmy do samochodu ustawionego przy Oulster Ln, na Cord Rd minęliśmy jednego Ira i jeśli nie był to Joe Rooney, był to sobie zwykły obywatel podobny do aktora z Ojca Teda. Ale to był Joe Rooney :D.
Anne wpadła na wieczorna herbatkę, rozmawiałyśmy o kotach, chorobach psychicznych i dziwnych grobach (między innymi). W związku z czym zapisuję sobie, żeby zobaczyć grób Toma Scotta, jeśli kiedyś będziemy przejeżdżać obok 76 Rd w Glengormley. Kicham. Kot nadal podekscytowany, ale siedzi już na parapecie sprawdzając nocną rzeczywistość na zewnątrz. Bardzo miły piątek, indeed.
No i OK (że bardzo miły piątek).
OdpowiedzUsuńPewnie, że tak :)
Usuń