Fred po szóstej rano czasu lokalnego wyleciał z Dublina (w domu zostawił Juliję z kotem). Czekając na lotnisku zjedliśmy po croissancie, opiliśmy się napojami i już mój małżonek opatulony w owcę mógł wpaść nam w ramiona.
W drodze powrotnej do domu odhaczyliśmy zakupy spożywcze w miasteczku. Na wstępie był przedsmak magii polskich świąt: mama właśnie stanęła w kolejce w naszej ulubionej cukierni, gdy nagle pojawiły się przed nią cztery inne osoby "które tu stały" i zaczęły sobie wydzierać makowce. Gdy trzy osoby doznały już poczucia zwycięstwa, doniesiono więcej makowca (wczoraj pani z cukierni mówiła mi, że odpocznie po świętach, teraz lepiej rozumiem co miała na myśli). Well, błogosławieństwa bożej dzieciny. Fred poszedł w tym czasie do El Gato, zamówił kawę z syfonu i swoją dominującą osobowością wzbudził powszechne udawanie, że się nie zerka. Wędrowaliśmy z Kochanym tam i sam deptakiem, odkryłam nieznany mi bar mleczny w którym bardzo chętnie zjadłabym obiad, gdyby w domu nie czekała na nas kaszanka na gorąco.
Reszta dnia przebiegła w spokojnej, mało ruchawej atmosferze, wśród Marpli, Poirotów i Hiacynty Bukiet na dobranoc. Na chwilę pojechałam z rodzicami na cmentarz. Dzisiaj siedemdziesiątka to nowa czterdziestka, pocieszałam mamę w kuchni przy oglądaniu węgierskiego kryminału z Mikulskim, Morderca jest w domu (1971), gdy jedna pani w wieku bliskim mamy robiła za zgrzybiałą staruszkę uczęszczającą na mszę. Film bardzo pocieszny, wybrałam go do oglądania pod smażenie naleśników na krokiety, które będę jutro zawijała. Asystował nam Maciej oczarowany zapachem śledzia z ikrą preparowanym przez mamę na postną wodę. Fred w tym czasie otulony w kołdrę leczył niewyspanie. Jeszcze bigos na kolację i wieczorne rozmowy o polityce. Dobrze mi tu, obejdzie się bez magii.
A u mnie nawet chleb ludzie nie bardzo kupowali. Nadal był po czternastej. Do wyboru. Normalnie jak nie przed świętami.
OdpowiedzUsuńTego nie umiem porównać. Od dawna nie kupuję chleba w Polsce. Natomiast mentalna walka (ach, te srogie miny) czterech osób o trzy makowce była przezabawna, jak w peerelowskim kinie.
UsuńZ chlebem normalnie też jest walka. Wystarczą dwa dni wolnego to ludzie się od razu rzucają żeby na zapas nakupić i przed 12 przeważnie u Mistrza Jana widzę już puste półki. A w tym roku - zaskoczenie.
Usuń