Taskałam do pracy prywatnego laptopa w nadziei, że nic nie będzie do roboty, to sobie zrobię dzisiaj, co miałam zrobić przedwczoraj. Nic z tego. Całą grupą pojechaliśmy do fabryki Butlers Chocolates na Coolock w północnym Dublinie. Oglądaliśmy pracę linii produkcyjnych, potem był krótki film o historii marki, dekorowaliśmy też własne czekoladowe jaje, które każdy dostał na pamiątkę. Oprowadzała nas młoda, szczupła Niemka studiująca tutaj sztukę (tutaj, w sensie w Irlandii).
Reszta dnia również zajęta, z Lorejn polazłyśmy do sklepu sprzedającego artykuły plastyczne, potem siedziałam w piwnicy, wycinałam pirackie denary i traktowałam je złotą farbą. Z njusów pracowniczych: Luiza źle się czuła po covidzie, a teraz na dokładkę dopadł ją wyrostek i koleżanka wylądowała w szpitalu z przeznaczeniem pod nóż (jest jedną z niewielu znanych mi osób, które tak ciężko przechodzą pocovidowe osłabienie, ale też była szczepiona raz, Johnsonem). Gronja zapodała mi temat pracy na popołudnie (po powrocie do domu spędziłam na tym osobno płatną godzinę).
Kochany mój przyjechał po mnie o czwartej, zrobił nam obiad (pyszna ryba z portu) oraz wręczył dwa prezenty nieokolicznościowe: biały kubek termiczny Stanleya (sztos) i szczoteczkę oral-b pro 1 680 w zestawie z podróżnym etui (drugi sztos). Z njusów sąsiedzkich: z Anną Emerytką jest słabo, prawie nie wychodzi z domu, Katlin nosi jej zakupy (niestety także fajki), a Majkel wyjechał do Belfastu, do matki (rzekomo), i nie tylko Fred myśli, że sąsiad wygląda tak, jakby miał fiknąć w każdej chwili.
___
edit 22:57 Parówki jak u Czubaszek. Przy okazji zajrzałam do szafki i się mi przypomniało, że Fred dokupił dzisiaj jeszcze trzy japońskie talerze, tym razem nieco głębsze. Oj, przygotowuje się małżonek psychicznie do powiększenia przestrzeni życiowej ;)
Skoro z Anną Emerytką jest już źle, to czemu miałaby się dodatkowo męczyć rzucaniem palenia? Rozumiem gdyby w grę wchodziły jakieś względy religijne, ale medycznie (czy na chłopski rozum) to nie ma raczej sensu.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, w przypadku choroby serca dodatkowe pozbawianie się tlenu to trochę epilog życia w wersji hard core, walka o każdy oddech. Ale każdy robi, co uważa.
UsuńO, to skorzystam z okazji, by opowiedzieć Ci Dariuszu pewną historię. Na oddziale onkologicznym poznałem mężczyznę, który miał ten sam typ nowotworu co ja. Co ciekawsze, u obu z nas dobrze działała chemioterapia, co pozwalało liczyć na sukces w leczeniu. Różnice między nami były z grubsza rzecz biorąc 3:
Usuń1. On palił i zastosował Twoją filozofię, a ja 2 lata przed diagnozą nowotworu rzuciłem palenie.
2. On był 10 lat starszy ode mnie i mniej sprawny.
3. Ja miałem spóźnioną diagnozę i liczne przerzuty, w tym jeden na kręgosłupie, co znacząco podnosiło ryzyko.
Spotkałem się z nim, gdy po uporaniu się z guzem na kręgosłupie, lekarze zabierali się za zajęte węzły chłonne. Jemu, osłabionemu chemioterapią, przyplątała się częsta choroba palaczy: przewlekła obturacyjna choroba płuc. Zmarł, gdy ja zacząłem wygrywać z powikłaniami po usunięciu węzłów chłonnych.
Każdy wybiera swoją drogę Dariuszu.
Masz niewątpliwie rację. Ta wasza Anna zdecydowanie powinna była rzucić palenie przynajmniej dwa lata przed tym, zanim zachorowała. Koniecznie jej to powiedzcie przy najbliższej okazji.
Usuń@Dariusz, Nie sądzę, by Anna cokolwiek powinna robić. To jej sprawa. Każde działanie i każde zaniechanie niesie za sobą konsekwencje, za które odpowie przede wszystkim ona. Jest dorosła, a ryzyku palenia tytoniu mówi się co najmniej od 50 lat. Przecież zawsze można powiedzieć "na coś trzeba umrzeć", wtedy mówisz i masz, albo gnicie żywcem podczas nowotworu, albo zaduszenie przez niewydolność oddechową, ewentualnie jakiś udar z powodu niewydolności krążenia lub kilka rzeczy naraz z nadzieją, że mimo wszystko uda się nam umrzeć wcześniej (co za sukces!), tutaj nikt nie ma żadnych powinności, jedynie wybór stopnia ryzyka, który się dokona nawet wtedy, gdy nie zrobi niczego.
UsuńWiecie lepiej. Ja ani znam kobietę, ani jej choroby, nigdy nie paliłem, a moja wiedza na temat uzależnień to głównie lektura "My dzieci z Dworca ZOO" (ekranizacje chyba też widziałem) jakieś trzydzieści lat temu, czy może nawet dalej. Jeśli twierdzicie że się kobieta dusi i walczy o każdy oddech, a mimo to pali, nie zamierzam tego negować.
Usuń