Fred wrócił na łono rodziny nad ranem, przywieziony z Dublina przez Ka. Mój plan dnia jest ponownie całkiem domowy (pisanie, słuchanie i takie tam). Kochany podczas nibyobiadu (pierogi z polskiego sklepu) opowiadał o swoich przygodach oraz kiepskiej sytuacji rodzinnej Ka (bo doprawdy ni ma to jak brat katolik, uczciwy i krystaliczny oraz mać janopawłowo-ojcopiowo-jezusowa, traktująca swoje dzieci po równo, a jakże, zaiste), potem wyjechał do pracy już wiedząc, że jakby się nie ustawiać, po powrocie będzie skonany.
Quick update ogrodowy. Lucky Number na pierwszym planie, głębiej widać przekwitające Nie-Wiadomo-Co, na końcu główki Ripów ze skłonnością do upadku:
Grządka nie chce się dobrze fotografować, no nic im nie poradzę, że kolor żółty chimeruje przed smartfonowym aparatem. Poza tym dzień spędziłam na przełączaniu się z laptopa na laptop i w związku z tym ciągłym szukaniu myszki (laptopów mam bowiem trzy, a myszkę jedną, tymczasem bez niej nie umję). Pisanie pracy nie idzie jakoś nadzwyczajnie, ale zmieściłam się w zamierzeniu "jedna strona dziennie". Nie wiem jakim cudem właśnie minęła dziewiąta wieczór, głowa podpowiada mi inny czas.



A co to za zielona płytka - przykręcona do podłoża, czy skądś odpadła?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, zawsze tam jest.
Usuńu nas śnieg spadł ...
OdpowiedzUsuń@Teatralna, dziw nad dziwy. Ale jeszcze marzec ...
UsuńMatko cudowna z Częstochowy i spod samiućkich Tater, co za nazwy!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, takie właśnie :D
Usuń