Obudził mnie słoneczny poblask; wiatr nadal wiał, ale sztorm przegonił chmury, poranek był jasny i optymistyczny. Postanowiłam zrobić sałatkę jarzynową, więc trochę mi zeszło i do śniadania siedliśmy dopiero po dziesiątej, przy folkowych nutach (Odpoczno, Same Suki).
Część dnia poświęciłam na dokończenie czytania książki Allena, À propos niczego. Autobiografia (Rebis, 2020). Ułatwiłam sobie życie przygotowując zawczasu kurczaka z tikka masala, tak żeby był gotowy do nadziania na wykałaczki; wymościłam się w sypialni, przy stoliku nocnym, podczas gdy Kochany pracował w Kuchniosalonie nad montażem swojego opus; w środku dnia zadzwoniłam do rodziców, zapytać, jak tam wybory samorządowe — mama oświadczyła, że oddała głos na gościa atakowanego epitetem "pedał" (mamie nie szło o stan faktyczny, ale potrzebowała pójść pod prąd, włożyć kij w szprychy, dla sportu).
Nie nacieszyliśmy się słońcem za długo, po południu deszcz znowu osmarkiwał okna, w taką pogodę punkt trzecia Fred wyjechał na zakupy i wrócił z bukietem białych róż dla żony. Znalazłam kilka aktów urodzenia (Skrobek, Cieślik); zjedliśmy obiad; Kochany zajął się oglądaniem zrenderowanego materiału; po ósmej chwilę rozmawiałam z mamą o wynikach wyborów; dopiero późnym wieczorem zajrzałam do materiałów na jutro (nie podoba mi się, trudno, świetnie).
Wracając do tulipanów: mama dzisiaj mówiła, ze z tych niskich, co pokazywałem, zakwitły jej jeszcze trzy. I one tak jak na początku czerwone są. A cebulki kupowała cztery lata temu, więc to chyba jeszcze nie stare kwiaty?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, nigdy nie miałam takich obserwacji tulipanowych (ze zmianą koloru), więc nie wiem, co o tym myśleć.
Usuń