Fred pochował kosa jeszcze wczoraj. Do popołudnia prawie wcale nie wychodzę z domu, tylko na chwilkę wyskakuję, żeby przestawić dwie doniczki z wybujałymi narcyzami w pełni kwitnienia, bo wiatr siekł je bezlitośnie (nad wybrzeżem przechodził sztorm Kathleen). Kochany zaś przyjmował hołdy. Zadzwonił Wu, Perlisty, świekra z Usz.
— Znowu ten smutny dzień, zaintonował Perlisty.— Skup się na tym, że to rocznica abdykacji Napoleona.
Stolik był zarezerwowany na piątą. Ładnie się ubraliśmy i pognaliśmy do Drołdy, żeby pod numerem 52 na przystawkę zjeść arancini i pasztet z kaczki, na główne morszczuka na ziemniaczano-porowym puree ze szparagami, a na deser podzielić się sernikiem z białą czekoladą. Kawy nie robią tam za dobrej, niestety. Wracamy, jest jeszcze jasno.
Oboje jesteśmy padnięci, wyczerpani pogodą, albo nie wiadomo czym. Kochany jeszcze montuje; w łóżku doczytuję Allena (zostało mi kilkadziesiąt stron).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.