Chociaż dzień zapowiadał się na słoneczny (fałszywie, zresztą), postanowiliśmy spędzić go głównie domowo (dopiero po obiedzie Kochany wyjechał do miasta po kartofle i ryż, bo coś nam przysłoniło przytomną ocenę zapasów i nie kupiliśmy ich wczoraj). Dużo prania, poza tym blogowanie i rozmowy. Gdy pichciłam obiad wpadł do nas Ka z chłopakami (akurat byli w drodze do portu) i chwilę rozmawiał z Fredem na zewnątrz, tyle tylko, żeby mieć czas na zjedzenie lodów kupionych po sąsiedzku.
Robimy listę marzeń na czerwiec, z której pewnie jak zwykle połowa nie zostanie zrealizowana (chciałabym zobaczyć wystawę Banksy'ego, jakieś przedstawienie teatralne we Wro, no i oczywiście pojechać na wycieczkę z Tadkiem). Kochany myśli też o naszym gościu, który przylatuje za kilka dni (mąż już kupił dwa bilety na Brú na Bóinne Tour w przyszłym tygodniu; niestety, będę wtedy w pracy, buu). Trzeba dokończyć plany na jutro, to dokańczam. Ale znajdujemy z Kochanym czas na obejrzenie filmu, który Fred kupił w pakiecie już jakiś czas temu: Barany. Islandzka opowieść (2015) Grímura Hákonarsona. Podtytuł zbędny, opowieść atmosferą bardzo mi przypomina prozę Jona Fossego.
A wiesz, że w Krakowie mają już Banksy'ego na stałe?
OdpowiedzUsuńhttps://muzeumbanksy.pl/pl/
@Dariusz, a widzisz, nie wiedziałam :)
UsuńDowiedziałem się przypadkiem, bo dwójka moich znajomych była tam w tym miesiącu i się zachwycała po wizycie (osobno byli i osobno się zachwycali).
Usuń