Strony

poniedziałek, 9 grudnia 2024

1819. Poniedziałek, dziewiątego.

Jeszcze wczoraj dość późno wieczorem rozmawiałam z tatką (oddzwonił po Szkle kontaktowym; Malineczka czuje się trochę lepiej). Gdy byłam w łóżku, Kochany mi uświadomił, że za dziewięć dni o tej porze będę w Polsce. Obudziłam się po pierwszej, trochę mi zabrało, zanim znowu przysnęłam, po czym ze snu wyrwał mnie budzik tak gwałtownie, że przez dziesięć minut działałam na automacie. 

Wyjechaliśmy z domu na skraju smolistej nocy, niebo czarne, tylko w stronę wybrzeża jedna jaśniejsza łata przez którą usiłowała się przebić bladoszara wiadomość o świcie. Kawiarnia przed pracą, skrolowanie blogów, krótka wymiana maili z Teatralną (hej, macham z Wyspy), praca, po pracy, czekanie na autobus, wieś w przybraniu nocnym (sąsiadka Filipinka, jak zwykle odziana w ogromny, gruby płaszcz idzie przede mną, czyli dom już niedaleko, skręcam, wyciągam klucz), robię obiad, wraca Kochany, obiad nareszcie gotowy, więc jemy. Potem już tylko umysłowy odpoczynek, uwagi o dniu, zerkanie wzajemne na teksty, herbaty, prysznic, tuptanie dołków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.