W drodze do domu z autobusu widzę księżyc jak ogromny, złoty talar wschodzący nad rozlewiskami, a wcześniej, po drugiej stronie nieba, blisko zachodzącego słońca jasno błyszczącą gwiazdę-planetę.
Jak tylko Kochany wrócił z pracy (jakiś kwadrans po mnie), poszliśmy do Katlin wręczyć prezenty dla niej i Majka. Babci Anny nie było w domu. Obiad. Po obiedzie panika ubraniowa, upychanie rzeczy w walizce. O siódmej trzydzieści chyba wszystko. Wszystko? Wszystko. Może wszystko. Kochany już pod prysznicem, idzie wcześniej spać. Ja jeszcze nie wiem, na razie jestem podjarana i zasuszona (piję którąś filiżankę herbaty).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.