Strony

poniedziałek, 16 grudnia 2024

1826. Zbieram się.

Dość spokojny dzień w pracy, pobrylowałam trochę, skończyłam szychtę wizytą u Katriny, która akurat (cóż za przypadek) wysłała mi dokument o który prosiłam od kilku tygodni. Dobrze dla niej; życzyłam jej wszystkiego najlepszego. Nie zaszłam do biura obok, gdyż Alis is still a c*nt. Cipa musi się obejść bez moich życzeń :E

W drodze do domu z autobusu widzę księżyc jak ogromny, złoty talar wschodzący nad rozlewiskami, a wcześniej, po drugiej stronie nieba, blisko zachodzącego słońca jasno błyszczącą gwiazdę-planetę.

Jak tylko Kochany wrócił z pracy (jakiś kwadrans po mnie), poszliśmy do Katlin wręczyć prezenty dla niej i Majka. Babci Anny nie było w domu. Obiad. Po obiedzie panika ubraniowa, upychanie rzeczy w walizce. O siódmej trzydzieści chyba wszystko. Wszystko? Wszystko. Może wszystko. Kochany już pod prysznicem, idzie wcześniej spać. Ja jeszcze nie wiem, na razie jestem podjarana i zasuszona (piję którąś filiżankę herbaty).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.