Obudziłam się wcześnie. Już po piątej zaczęłam grzebać w biblioteczce dumając nad tym, co by tu przeczytać w czasie pobytu (przywiozłam ze sobą dwie zabrane uprzednio książki, Steinbecka i Remarque'a), padło na Makbeta w tłumaczeniu Paszkowskiego (Wyd. Łódzkie, 1984). Prawie skończyłam czytać zanim pojechaliśmy na lotnisko po Kochanego. Potem była kawa w Kocie i obiad po sąsiedzku (szukając mamy, która wyruszyła na wycieczkę nie informując nas gdzie maszeruje, spotkałam Lusia). W drodze do domu jeszcze wizyta w aptece, gdyż tradycyjnie już ... zaczęło mnie boleć gardło. Czyli tabletki do ssania i ciepłe płyny. Próbowaliśmy z Kochanym oglądać Makbeta Jarzyny, ale nie przekonał nas, wymiękliśmy po kwadransie. Z półki ściągnęłam kolejne "szekspiry": wydanie Wiele hałasu o nic + Wieczór Trzech Króli w tłumaczeniu Barańczaka. Jednak to nie mój dzień. Muszę wygrzać gardło, bo jest mi niemiło.
uwielbiam Makbeta Jarzyny, ale na żywo. w ogóle teatr TR to był sztos...
OdpowiedzUsuńkocham czytać Szekspira :-)
@Teatralna, w domu mam stare "szekspiry" (głównie w tłum. Barańczaka) i myślałam, że sobie poprzypominam, ale trudno to wchodzi przy zagluceniu :I
UsuńBarańczak jest ok a nawet na obecne czasy jedyny do przejścia. Mam wszystkie dzieła mistrza/ów, wydane z płytami ze spektaklami :-) i wiesz co? namówiłas mnie, będę se teraz podczytywać pan S
Usuńteż myślę, że masz alergię na polske i DOSKONALE TO ROZUMIEM :-D
OdpowiedzUsuń@Teatralna, to byłoby przynajmniej jakieś wytłumaczenie, bo moje wizyty zimowe w kraju zdrowotnie to zawsze rozpacz :E
Usuń