Sobota spędzona domowo: dwa razy nastawiłam pranie, przygotowałam część zajęć na poniedziałek, zrobiłam obiad (Kochany nie dojadł; bardzo rzadko się to zdarza, choć nie jestem przekonana, że po raz pierwszy, ale mąż, który zawsze dojada domagał się, aby wydarzenie to tutaj uwiecznić ;)), wyprasowałam, co się walało po chałupie. Niewiele czasu poświęciłam planom wyjazdowym, większość dnia spędziłam z neurozami Mrożka. Co tam większość dnia, weekend był literacki, gdyż bo ...
... w niedzielę przed południem połknęłam ostatnie sto stron Mrożek. Biografia (Wyd. Literackie, 2023) Anny Nasiłowskiej. Trochę rozczarowanie, nadal nie wiem za wiele o jego relacjach rodzinnych, a to one najbardziej mnie interesowały. Poza tym małe pranie ręczne, blogowanie, rozmowa z Celtem (u nas mrok, nie mam ochoty na spacery, ale może zrobimy live'a, gdy dojadę do rodziców), pracownicze bzdury. Wieczorem krótka rozmowa z mamą. Rozedrganie, bo niewiele zapakowane i jakoś w głowie groch z kapustą. Sprawdzam pogodę, wykonuję drobne gesty w kierunku przydasiów. Żeby tylko przeskoczyć jutro.
Pogoda ostatnio jest tak zmienna (w piątek miałem -4, dzisiaj +10), że nie ma co sprawdzać prognoz, bo co chwila są nowe przewidywania.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, bardziej to chodzi pewnie o uspokajanie się przed podróżą, niż planowanie :)
Usuń