Pobudka dość irytująca (dobrze, że wpadło mi do głowy odprawić się przed czasem, dzięki temu zauważyłam, że mam literówkę w nazwisku; trzeba było zmienić nazwisko na bilecie, czyli wyskoczyć z kasy; żebyś zdechł, panie O'Leary!).
W powietrzu czuć zmianę, zamiast słońca szarówka. Zanurkowałam w szafę w poszukiwaniu szalika z kaszmiru (in vain, przypuszczam, że niefrasobliwie wyrzuciłam go w czasie jednej z czystek ubraniowych). Zamiast tego znalazłam prezent od babci Mani, wiejską chuścinę z czystej wełny, ponadgryzaną już przez mole. Biorę ze sobą do domu, razem z maminymi radami jak cerować dziury cieniusimi nitkami ze starych skarpetek.
Ach, i płarotek się pojawił, jeden z tych całkiem udanych, 6.04, Dumb Witness (1996), poza tym kojaki i midsomery. Nie czytam, nie kombinuję umysłowo, zalegam i zbieram się w sobie, czas na mnie, poleruję skrzydła; już przed południem zrobiłam próbne pakowanie walizki (prawie wszystkie książki się zmieściły). Wieczorem Kochany potwierdził, że będzie na mnie czekał na lotnisku.
Niech Cię te skrzydła szczęśliwie doniosą do celu! ✈️
OdpowiedzUsuńDobrego roku Wam obojgu! Niech Wam się wiedzie. Zdrowia, spokoju,radości w każdym dniu!🥂🍾✨
OdpowiedzUsuń