Zimny, ponury poranek. Jakby współgrając z atmosferą ogólną rano w Czarnej zepsuł się ekspres do kawy i Kochany musiał odjechać bez kubka. Ja z kolei przysiadłam nad ciastkiem z malinami, o pysku suchym. Miałam dość czasu na czytanie i rozmyślanie, co teraz robić i jak to wszystko będzie. Kawa nie pojawiła się przez następną godzinę, cuszzzzz ;)
W pracy tymczasem miód i orzeszki, nudno jak uj, więc zmęczeni tym wszystkim skończyliśmy wcześniej, na dodatek Saren zaproponowała podwózkę do wsi, a ja nie byłam taka, i skwapliwie skorzystałam. Wyszło słoneczko, dupościsk weekendowy mi odpuścił. Po powrocie zajrzałam do ogródka z darami dla fruwajców (biedny kos, szpaczory faktycznie mu jabłka podżerają). Zmęczona umysłowo, zamiast zaczynać Iwasiów, którą mam już na stoliku przy łóżku na poszykusiu (jakby wykaligrafowała babcia Mania bardzo wolno i krzywo, gdyby musiała), odpaliłam audiobooka The Hound of the Baskervilles Conan-Doyle'a w czytaniu Grega Waglanda (do wieczora wysłuchałam połowy).
Gdzieś w środku dnia Anna do mnie napisała, czy mogę zaopiekować się Junoną przez trzy tygodnie (pomiędzy styczniem a lutym). Nigdzie się nie wybieramy (Kochanego czekają wycieczki po lekarzach, ale to nic całodobowego, jak się teraz zdaje), więc oczywiście. Z innych rozmów, Wu zadzwonił do Freda, przypomniał sobie, że nowy rok przecie. Rozmawiałam też z mamą, zimno już jej trochę schodzi, ale nadal cherlactwo i smarkactwo w domostwie rodzinnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.