Kiedy wychodziliśmy nad morze, zadzwonił Ka. Zaprosił nas na jutro, trochę też pożalił się na kłopoty w pracy. Oczywiście pojedziemy.
Dopiero po dojściu do plaży zdecydowaliśmy co dalej. Marsz wokół Głowy: kamienie, kormorany, Bobkolandia.
Piękny spacer, ruch powietrza żaden, po drodze nawet nad klifami błotny challenge, więc skróciliśmy obchód idąc górą przez parking. Tylko rzut okiem, czy w sklepie portowym nie ma chowdera (nie było) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Popołudnie zrobiło się ciepłe, w połowie wyprawy ściągnęłam kurtkę.
W domu Kochany zrobił obiad; akurat gdy siedzieliśmy nad talerzami, w wiosce zgasło światło. W ruch poszły świeczki, potem czytnik do książek. W Internecie straszono mieszkańców, że elektryczności nie będzie bardzo długo, na szczęście wszystko wyjaśniło się po godzinie, gdy uzbrojeni w latarkę właśnie wychodziliśmy do Junony. Kot został nakarmiony i pomimo zmiany warunków podtrzymaliśmy sprytny plan sprzed kwadransa: wyjazd do TK Maxxa, późnowieczorne szuranie po sklepie. Mamy maselniczkę z kotami, Kochany kupił sobie kraciasty szlafrok, Junona dostanie jutro bajeczne żarcie od wujka Freda.
Późnym wieczorem obejrzeliśmy teatr tv, Mianujom mie Hanka (2025). Raczej propagandowe, ale dobrze zagrane.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.