Obudziłam się po piątej. Idąc myślą za ciałem wstałam wypiłam herbatę i przejrzałam blogi, żeby się odpowiednio zmęczyć. O siódmej (nadal ciemno) wróciłam do łóżka na dwie godziny. Miałam sen w którym byliśmy z Kochanym w Krakowie, w domu podnajmowanym najwyraźniej od eM, który nie był tym faktem zachwycony. Paradne; żadna uświadomiona myśl nie naprowadzała na taką senną fabułę. Po drugiej pobudce już jasno, za oknem mróz, trawniki i samochody, wszystko skrupulatnie pobielone.
Kochany wstał na późną kawę, akurat, gdy kończyłam słuchankę pierwszej księgi Prób Montaigne'a. Dałam jeść ogrodowym głodomorom (szpaki oczywiście już na mnie gwizdały). Po kawie Fred zabrał mnie do El Paso na naleśniki. Nasze ulubione miejsce było o tej porze bardzo ożywione, znaleźliśmy ostatnie wolne krzesła przy centralnym, dużym stole. Po posiłku (dla mnie było to drugie śniadanie) poszliśmy do księgarni, tej co zawsze, tak tylko, żeby rzucić okiem, czy pojawiło się coś wyjątkowo kuszącego (tak naprawdę nie mam miejsca na nic nowego, skoro tyle starego jest w kolejce czytankowej, wyjątek zrobiłabym dla Keegan i Hjorth), a przede wszystkim, żeby się przejść. Powrót do samochodu, szybkie zakupy w Tesco i dom.
Kiedy przygotowywałam bakłażany na obiad, Mleko do nas zawitał, na krótko przytulił się do kaloryfera w korytarzu. Znalazłam kotka do adopcji, ale nasz już niestety nie będzie. Poza tym wieczór filmowy: Śniadanie na Plutonie (2005) Neila Jordana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.