Weekend zupełnego lenistwa choć jak zwykle gdy mogę pospać, zrywam się bladym świtem. W sobotę obudziłam się wg budzika w telefonie męża. Objadłam się robakami, poprawiłam jogurtem, słuchałam audiobooka. Postanowiłam się nie przepracowywać, skoro napięcie w dłoniach łaskawe było się zmniejszyć. Aura deszczowa.
Niedziela dla odmiany jasna, ale nie skusiłam się na spacer, wystawiłam tylko nos za próg i pomruczałam do siebie, gdy nos został owiany podmuchem zbyt zimnym. Tak w ogóle w ten weekend dotarło do mnie, że przykurcze odczuwane w całym ciele są związane z nieruchawością — od jakiegoś czasu nie ćwiczę, praca do spółki z parszywą pogodą rewidowały też moje potrzeby spacerowe. Jestem coraz bardziej garbata i zasapuję się idąc pod górkę. Postanowiłam choć trochę to zmienić, poruszać się w czasie kończenia słuchanki, wyszło niemrawo, choć nadal potrafię podnieść nogę wyżej niż przeciętna pięćdziesięciolatka. 444 Siembiedy (Agora, 2024) zostało skończone.
Koty od rana szalały, bo do Kuchniosalonu przedostał się komar. Komar długo nie pożył. Bronka wpadła w kolejną euforię.
Po południu grzebałam w genealogii, znalazłam ciekawe dokumenty. Otóż roku osiemnastego mój pradziadek oraz prapradziadek, obaj ze strony dziadka Bronka, stanowczo żądali zwrotu majątku zagrabionego w czasie przemarszu wojsk (w jednym przypadku chodziło o 223 rubli, w drugim o 609 rubli i kopiejek 26. Pradziadek jako piśmienny złożył nawet swój podpis :)). Oczywiście, znaleziskiem podzieliłam się z mamą. Rozmawiałyśmy dzisiaj dwa razy, m.in. o tym, że przez zepsutą krajalnicę do chleba dom rodzinny mógł pójść z dymem.
Jeszcze wcześnie. Jesteśmy z Kochanym po obiadokolacji. Herbata i czytanka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.