Odmowa z uniwerku i jeden spad — poniedziałek zaczął się źle, to pierwsze nieco przedawnione, bo odkopałam emilka sprzed kilku dni, to drugie zupełnie niespodziewane. Aaaa. Zalewa mi też wykładzinę pod drzwiami wejściowymi (kto robi wykładzinę pod frontowymi drzwiami bez progu? Debile). Już w domu, alarm przeciwpożarowy włącza się nam bez pożaru, gdy Kochany robi obiad, uciszenie go zabiera nam sporo czasu (myszy przerażone, mąż wprawiony w rezonans, wyczerpany, już poszedł spać). A na koniec dnia kupując bilet powrotny z Wrocka daję sobie wcisnąć rajanerowy przelicznik złotówek na euro (złodzieje), chociaż jeszcze minutę wcześniej pamiętałam, żeby nie dać sobie wcisnąć. To nie jest mój dzień.
Po jasnej stronie mocy, spotykam się z Kochanym w polskim sklepie (ciśnienie spada), czapka jest prawie skończona (wełna milutka w dotyku), poza tym właśnie rozmawiałam z mamą. Sama rozmowa jest krótka i dobra, choć pojawiła się w niej zapowiedź śmierci Bronusia. Zapowiedź powinna zostać odhaczona w poprzednim, negatywnym paragrafie, ale Bronuś jeszcze żyje, więc piszę o tym tutaj. Jeszcze żyje. Mama wolałaby, żeby umarł w domu, we śnie, potwierdziłam jej, że też bym tak wolała. Gdy rozmawiamy, mama zazwyczaj pokazuje tylko czubek głowy, więc widzę jak poprawia sobie włosy i jak marszczy się jej dłoń.
Biedny Bronuś 😢, na niczym innym nie mogę się skupić.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, ano biedny, wirus zaatakował szpik. Gdyby rodzice mogli kupić czas, zrobiliby to, ale druga transfuzja nie ma sensu. Pozostaje czekać.
Usuń