Strony

piątek, 14 maja 2021

514. Druga dawka szczepionki dla męża.

Oprócz oczywistej zalety spędzenia czasu z rozsądnymi ludźmi, niespodziewanym plusem wczorajszej wizyty u Ka&Jot było pożyczenie przez Freda szlifierki delta. Kiedy ja wysiadywałam jajka online, Kochany zabrał się za oczyszczanie drzwi ze starej farby, ku uciesze i aprobacie sąsiadek (Katlin i Anne Emerytki). 

Po obiedzie mąż wybył na drugi zastrzyk antycovidowy, potem z marszu wyjechaliśmy do Newry z zamiarem kupienia tego i owego (mamy dwa dodatkowe krzaki na żywopłot: nandina Obsessed i choisya Sundance). Wracając z Irlandii Północnej w Dundalk znaleźliśmy farbę do drzwi o którą od samego początku się nam rozchodziło (kolor cynober), a ja (fosforyzujące trampki wożą się ruchomymi schodami w dundalskim Tesco) wypatrzyłam malutkie bułeczki z masłem czosnkowym, podobne do tych, które kiedyś tak mi smakowały w Swords. Przez większość dnia pogoda była przyjemna, tylko w drodze do/z Północnej napadał na nas deszcz. 

Na kolację jem bułeczki na ciepło, maczane w jogurcie, potem Fred przygotowuje świeży sok z jabłek, słucham Rory'ego i wyobrażam sobie, że A Million Miles Away grają muppety.

czwartek, 13 maja 2021

513. Małe radości.

Obudził nas o świcie wrzask wrony, a domyślamy się już co taki wrzask może oznaczać — Rysio wprawdzie wrócił (bardzo późno) na noc, ale o wczesnej porze okno znów było dla niego otwarte, jak nic więc spór terytorialny. 

Poszłam sama na plażę, gdy Fred pił pierwszą kawę (kończąc rundkę zauważyłam na dużym drzewie rosnącym za sąsiadką wronie dziecko dokarmiane przez rodziców). Po śniadaniu małżonek wziął się za wysadzenie starej paproci, wyrównywanie granicy trawnika i wysiew na tej granicy próbnej łączki, ja za przycinanie zeschniętych części lawend i obiad (łosoś z rozmarynem pieczonym w folii, pyszny). W głośnikach Tattoo (1973) Rory'ego (przydałby się jakiś t-shirt z jego podobizną "na Polskę"). Dzień niezbyt gorący, ale piękny, oficjalne prognozy podobnie jak wczoraj zapowiadały przelotne opady, których się nie doczekaliśmy (na horyzoncie od strony lądu pojawiały się brzydkie chmury, ale wiatr od morza załatwiał sprawę). Pod wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot (zawijając po drodze na plażę), na rozmowy i opychanie się bananowymi babeczkami. Szło nam tak dobrze, że na film nie starczyło już czasu. To pierwsza od kilku miesięcy wizyta u przyjaciół, ich chłopaki rosną jak na drożdżach. Lockdown be gone.

Annagassan.


Wieczór w ogródku u Ka&Jot.

środa, 12 maja 2021

512. Niskociśnieniowo.

Wstałam godzinę przed budzikiem, w ogrodzie o tej porze harcowały już ptaszki. Zmienna pogoda, dzień był z rodzaju niskociśnieniowych, aż za bardzo, trudno było skupić się na pracy. Po południu leżakowanie (Fred odsypiał wczesny wyjazd do Dublina), późnym wieczorem Słodki drań (1999) Allena, pięknie zagrany przez Penna i Morton, choć i tutaj odczuwałam zmęczenie. Jutro wolne i umówiony wieczór filmowy u przyjaciół, tymczasem pora już zmykać w sen.

wtorek, 11 maja 2021

511. Stop Making Sense.

Słoneczny dzień za oknem, w pracy zerkałam za firankę motywując Deana, żeby robił, co ma robić. W trakcie południowej przerwy zjadłam sconesa na ciepło i słuchałam z Kochanym nowego wydania (1999) Stop Making Sense Talking Heads (mam ją nadal w głowie). Podobno za tydzień Centrum się otwiera i żegnaj labo.

Pracę skończyłam o godzinę wcześniej i pomogłam Fredowi w wysadzeniu wszystkich chaszczy (wrzosów/wrzośców, macierzanki, żurawki, zawciąga), które nawet od poprzedniej niedzieli czekały w chwilowych doniczkach na swoją kolej. Dość mocno wiało i mordowanie się z glebą niekoniecznie było przyjemnością, ale przy pomocy przerwy na obiad z deserem daliśmy radę. Gdy po siódmej dumni z roboty nawijaliśmy z Anną o sprawach ogrodniczych, Ryszard przyczaił się w ogródku Anne i złapał wróbla z którym nieopatrznie wybrał się w naszą stronę. Nieopatrznie, bo ucapiłam niedoszłego mordercę, co tak go zaskoczyło, że otworzył paszczę i wróbel pofrunął ku drugiej szansie. Jeszcze parę razy opowiem tę historię sąsiadom (Anne już wie). 

Tymczasem kot właśnie wrócił na nocleg, choć ciemność za oknem pachnie wiosną. Fred też w łóżku, próbuje złapać kilka godzin snu (jutro wstaje o trzeciej nad ranem). Z Talking Heads w zwojach jeszcze chwilę posiedzę w świetle lampy.

poniedziałek, 10 maja 2021

Postscriptum #510.

Fred wrócił z bukietem tulipanów i tortem bezokazyjnym, a gdy po zjedzeniu kawałka słodkości wychynęłam na dwie sekundy na dwór, znalazłam też żurawkę Paris przycupniętą na zewnątrz drzwi. Pogoda grzebała się deszczem przez cały poniedziałek.

Dopiero przed ósmą zrobiliśmy sobie obiadokolację. Do steków z tuńczyka mój mąż wycisnął sok z marchwi, jabłek i czerwonych buraków. W tle pierwsza płyta Perfectu. Przez dwa dni broniłam się od konkretnych zajęć, które teraz piętrzą mi się w głowie. 

Fred myśli o wznowieniu wizyt u Ka&Jot, ja o wycieczkach poza nasze hrabstwo (od dzisiaj możemy podróżować po całym kraju), w mediach zapowiadają, że na dniach młodzież z mojego przedziału wiekowego będzie mogła się rejestrować online na szczepienia. Idzie ku lepszemu, a ja idę pod prysznic.

509-510. Nieogarnięcie.

Wczoraj wyjazd tylko po chleb, w drodze powrotnej jechaliśmy za naszą małą toyotką, która z kopyta zasuwała pod górę. Wiało. Mieliśmy ochotę na Czarną żmiję II (odc. 4). Krótko rozmawiałam z mamą (w Polsce ciepło, mama ma chyba uczulenie na słońce). Ogólnie dzień był rozlazły i pod hasłem wczoraj było fajniej.

Dzisiaj kontynuacja nastroju, chociaż przynajmniej się wyspałam i wstałam około dziewiątej. Brak poczucia kierunku utrzymuje się tym bardziej, że Fred wyjechał tuż przed południem do pracy pozostawiając mnie w domu owiewanym wiatrem, ze stukającymi drzwiami od łazienki. Bogowie, już trzynasta?!

sobota, 8 maja 2021

508. Okienko pogodowe.












Między dwunastą a czwartą miało nie padać. Tego dnia obudził nas deszcz i kot bardzo mokry przy śniadaniu. Po jedenastej ruszyliśmy w okolice granicy z Północną. I było tak, jak zaplanował mąż. Wzięliśmy Aś do samochodu, i od małego parkingu przy Maccans Bridge powędrowaliśmy Greenway pieszkom do miasta, przez zamek Jana, potem do domu Aś naokoło przez Ghan Rd. Na końcu tej przygody w nagrodę czekała nas kwaśnica, najpyszniejszy stek jaki w życiu jadłam i truskawki na deser.


Wróciliśmy samochodem przez górki. I zalegamy prawie milcząc, bardzo kontenci.

piątek, 7 maja 2021

507. Piątkowe ochłodzenie.



Po śniadaniu (okazało się, że faktycznie mam wolne) poszliśmy z Fredem na kawę na plaży (oraz ciastko z jabłkiem i lody). Przed południem pogoda była prawie taka sama, jak wczoraj, choć woda już się tak nie skrzyła (widoczność za to znacznie lepsza, na horyzoncie pokazała się nam latarnia morska Rockabill). Potem tylko wskoczyłam w inne spodnie i podjechaliśmy na zakupy spożywcze do miasta. Wróciliśmy dobrze po trzeciej po południu, małżonek zrobił dla nas obiad (klopsy w sosie pomidorowym z razowymi świderkami), i uparł się na dokończenie swojego projektu żywopłotowego, pomimo tego, że pogoda zrobiła się wietrzna i nieprzyjemna. Krzaczory zostały zasadzone, w międzyczasie zmarznięty kotuś wrócił z długiej przechadzki i biegał naokoło domu, żeby nam pokazać, że kotek chce do środka, i jeszcze, żeby ktoś mu podał kolację. 

Siedzimy w trójkę w ciepłym domku, a na zewnątrz słychać wiatr. Na jutro jest plan.

czwartek, 6 maja 2021

506. Czwartkowe ocieplenie.

Noc była zimna, tymczasem dzień (po wyjeździe Freda do pracy i śniadaniu) zachęcił mnie do spaceru nad morze. Dawno już nie było tak pięknie.

Woda skrzyła się w słońcu, fiszendczipsiarnia już śmigała (przed południem!), na płyciźnie, dosłownie sto metrów od plaży dwa kutry na połowie, dalej w kierunku ujścia Boyne kolejne trzy, daleko na horyzoncie półwysep Howth unosił się w powietrzu. Wracałam alejką z domkami letniskowymi i przez parking dla przyczep. W jednym miejscu usłyszałam miły dźwięk rozkładania talerzy, w drugim wietrzyły się pokoje, w trzecim przez otwarte drzwi słychać było dźwięk irlandzkiego stacji radiowej.

Przez resztę dnia zbijałam bąki, a pod wieczór obejrzałam kolejną adaptację Emmy (1996), tym razem z Kate Beckinsale. Zaskakująco ta wersja się mi podoba, wychodzi poza pastelowe kolory. W trakcie oglądania z Północnej wrócił mój Kochany, który znowu kupił mi prezent — kolorowe dżinsy Kleina i do pary kolorowe skarpetki Pringle. Spodnie pasują (na szczęście, są śliczne niebiesko-zielono-pomarańczowo-żółte, a ja jestem coraz grubsza). Czy ja jutro pracuję, czy nie pracuję, oto jest pytanie.

środa, 5 maja 2021

505. Kot wie.

Że spadnie grad. Gruby i ciężki. Białe kulki zniknęły w pięć minut, ale co wrona dostała po głowie, to jej. 

Wolnej Grupy Bukowina słuchamy po obiedzie (nagrania archiwalne Pomatonu, 1991). Dwa dni temu minęło 36 lat od śmierci Belona. Umieranie w wieku 33 lat z powodu choroby alkoholowej uważam za głupie i oburzające.

Kalkulator szczepionkowy na teren Irlandii obwieścił mi dzisiaj widełki od 3 do 30 czerwca i od 1 do 28 lipca jako możliwy czas, gdy będę mogła dostać pierwszą i drugą dawkę szczepionki antycovidowej. Wyliczenia są oparte o tygodniowe wyszczepienia dawek i pewnie nadal będą się zmieniały. Ale już bliżej niż dalej.

Zanim zaszło słońce obejrzeliśmy z Kochanym Tootsie (1982). Hoffman, Lange, Garr, Murray, przyjemna komedia, momenty niepotrzebnie papetyczne były w niej zawsze, ale reszta nie zwietrzała i nadal bawi. A teraz oboje grzebiemy się wieczornie. Fred jedzie jutro do Północnej, propozycja pracy pojawiła się niespodziewanie około południa, zmiana dzienna, ale niezbyt wczesna, Miły nie będzie się musiał zrywać nieprzytomnie, jak ja dzisiaj. Noc zapowiada się naprawdę mroźna. The blackthorn winter jak nic.

wtorek, 4 maja 2021

504. Wtorek, wątróbka, wrony.

Zimny, spęczniały wilgocią wtorek, z nitkami słońca z których nic nie wynika. Raz nawet, akurat, gdy rozmawialiśmy z Anną w ogrodzie, spadł nam na głowy gruby grad.

Pracowniczo było miło, aktywnie i krócej (Caron szukała zagubionego psa), Fred wybrał się sam na zakupy w swoich cool pasiastych spodniach — przywiózł z wyprawy dziewięć wrzosów/wrzośców i wątróbkę na obiad od rzeźnika (no, nie mogę z tej nazwy) rodzinnego. Wątróbka została przez męża przygotowana, żona została napasiona, następnie zjedliśmy resztkę truskawkowego torta, który pyszny był, zaiste.

Pod koniec tego chłodnego dnia Ryszard dwa razy został okrakany przez parę wron, które celowały w niego najbardziej obelżywym wronim żargonem. Kot tylko odmrukiwał pod nosem zmuszony do wycofania się na z góry upatrzone pozycje. Oby to nie przerodziło się w jakiś grubszy sasiedzki konflikt.

poniedziałek, 3 maja 2021

503. Deszcz, wiatr, deszcz.

Do Freda odezwał się telefonicznie Adam, jakiś znajomy z przeszłości. W zasadzie nie wiadomo dlaczego, nie miał biznesu, tak chciał pogadać. Więc mąż już wie, że zmarł Garnek, facet, który bardzo do siebie wziął ideę punkowania. I po Garnku.

Poniedziałek przesiedziałam w domu, bo na zewnątrz hulał wiatr i deszcz. Wyszłam tylko na chwilę, zaczerpnąć mokrego powietrza w przerwie tego repertuaru. Wieczorem długo szukałam czegoś do obejrzenia, Fred wyciągnął w końcu z naszej filmoteki MASH (1970) Altmana. Serial z Aldą też lubiłam oglądać. Uświadamiam sobie, że wszyscy ci piękni ludzie, jeśli żyją, są naokoło osiemdziesiątki. 

Jutro trzeba wcześniej wstać. Muu.

niedziela, 2 maja 2021

502. Drugi maja.

Wygrzebałam się z wyrka pustego, gdyż małżonek-obsesjonat chyba całą noc myślał o kopaniu dziur w ogródku. Przy pierwszej herbacie Ballady (2002) śpiewał nam Zembaty z Porterem zawodzącym w tle.

Lista zakupów w Woodisie (zanim wyjechaliśmy, spacer z kotem naokoło dzielnicy): po dwie skimmie Rubella, lawendy Hidcote i astilbe o niezidentyfikowanym kolorze, trzy macierzanki (Aureus, Faustini, oraz nieopisana odmiana przypominająca trochę Sparkling Bright), jeden osmantus (mam nadzieję, że) Goshiki, jeden zawciąg, jeden pszonak odmiany Bowles's Mauve. W Tesco kupiliśmy truskawkowego torta, bo przecież jesteśmy na diecie.

Pomimo nadciągającego chłodu Fred dostał po obiedzie ogrodowej gorączki. Ja tylko wsadziłam do ziemi dwie lawendy i nura do domu, małżonek zaś dalej że zajadle robić swój żywopłot, do dziewiątej obkopał pięknie trzy chaszcze. Teraz odpoczywa oglądając śmiszne obrazki na facebooku. Mmm, tort dobry, ale słodki strasznie.

sobota, 1 maja 2021

Postscriptum #501.

Siedzę z nogami w górze i się delektuję nieróbstwem. W ciągu dnia pracowaliśmy z Fredem w ogrodzie. Jeszcze zostały dwie skimmie do wsadzenia, ale wszystkie pozostałe kwiaty kupione kilka dni temu znalazły swoje miejsce. Na łyse placki po roślinkach, które obumarły zimą, wysadziłam też parę krzaczków męczących się w donicach. Na brak pracy nie będziemy narzekali, Fredowy projekt zrobienia żywopłotu od strony Judżina wymaga zrywania darni — dzisiaj ledwo zaczęliśmy, a znamy temat z zeszłego roku. Po drodze małe radości: pogadanki z sąsiadami i obietnica pomocy (Majkel, mąż Anne, zainteresował się naszym rozklekotanym zamkiem do drzwi), pogaduchy messengerowe z Aś i Kaś Matką Kotom (jedna spaceruje z psami, mamą i maleństwem, po szlaku sprzed tygodnia, druga oczywiście robi kocie sesje fotograficzne), wizyta jacka russella, którego mogliśmy nakarmić po długim niewidzeniu się, herbatka w przerwie prac na wystawionych przed domem krzesłach.

Pierwszy dzień irlandzkiego lata i święto pracy w jednym — ze swoim grzebaniem się w ziemi i sennym łażeniem po włościach nie byliśmy jedyni. Katlin i jej koleżanki z naprzeciwka w większości pracowały w swoich ogródkach, u Katlin był nawet jej pomocnik, Alkoholowy Paddy, który po tym jak pożyczył od nas sekator, zatrzymał się przy Fredzie na irlandzki small talk o tym, czy u nas w Polsce jest więcej krów czy świń. Podobnie nasi sąsiedzi z tyłu poświęcali się ogrodowo-domowej grzebaninie, a teraz słyszę ich głosy za płotem, pewnie inaugurują letnie posiaduchy pod zadaszeniem, które wybudowali na początku roku. Lubię takie oddalone odgłosy przyjacielskich pogaduch. Ryszard z ostatniej nocki wrócił z zadrapanym uszkiem, dzisiaj pomagał nam w ogródku, o tej porze zaś jest już w domu i przygotowuje się do snu.

501. Majówka.

Skoro doszłam już do wątku, że dzięki pracy weekend raduje mnie bardziej, zaczęłam dzień od zielonej herbaty (ostatnio odkryłam Macha Twiningsa), owsianki z bananem i jagodami, albumu Świnie MWNH (1985) i małej czarnej. Przed dziesiątą siedzę więc z kaffką wpatrzona w kotka na oknie oraz piękny poranek za nim i słucham muzyki. Dzień dobry.