O jakbym chciała wskoczyć pod kołdrę! Ale nie da rady, pisać trzeba. Pogoda się kotłuje, rano na przystanku zmoczył mnie deszcz, po pracy szłam rozchełstana w przyjemnym słońcu, natomiast nasza wieś siedziała we mgle, do wyboru, do koloru. Dzieciaki mają dwa tygodnie praktyk, więc wiem, co jutro będę robiła — to samo co dzisiaj, przeglądanie i niszczenie papierów. Nie nadaję się do monotonnej pracy, podzespoły mózgu zbyt szybko przechodzą mi w tryb awaryjny.
Wygląda na to, że w końcu odbędzie się pogrzeb Jara, który zmarł przecież jeszcze pod koniec kwietnia. Koleżanka podała numer konta, mogłam przelać pieniądze na wieniec (bardzo pożyteczne, przy okazji naładowałam polski telefon i przypomniało mi się, że mam zaległy rachunek do zapłacenia). Po rozmowie z tatką (przez to, że powiedział mi jakoby Jar uczył karate) odezwałam się do Templeriusza. Wieści go nie doszły, byłam więc posłańcem złej nowiny. Chociaż tam, czy złej ... nie wiem nawet czy Jar z Templariuszem się lubili, nie należy wyciągać pochopnych wniosków z uczestniczenia w wąskiej grupie męskiej sfeminizowanej klasy LO za króla Ćwieczka. Jak tak teraz się nad tym zastanawiam to nie wiem które z nas w rozmowie dawno temu stwierdziło, że z Jara był kawał chama, ja, Templariusz, a może ktoś inny. W każdym razie "kolega z klasy" wyraził chęć wzięcia udziału w ceremonii zakopania doczesnych szczątków. Czyli to może byłam ja? Niezbyt ważne. Doskwiera mi czytanie artykułu z którego niby mam zrobić analizę na zaliczenie nieobecności u Dochtóra. Taka sytuacja, gdy niewiele coś mnie obchodzi a na dodatek ¼ nie rozumiem. Bardzo demotywujące. Z powodu użycia zwrotu "kolega z klasy" w kuchni na cały regulator gra teraz Zbyszek, Zbyszek, kolega z wojska ...








