Strony

niedziela, 13 sierpnia 2023

1336. Zygzaki.

Rzeczywiście, mózg ucieka od problemów w sen. Znowu wylegiwałam się tak długo, aż Fred wstał pierwszy. No nic, zrobiłam guacamole z dwóch dojrzałych awokado przywiezionych wczoraj przez Kochanego. Jeszcze w południe sączę pośniadanną kawę (mąż akurat mieli nową porcję, zapach rozchodzi się po całej minichacie). Obiad zjadłam pojedynczo, bo Fred przed trzecią ruszył w kierunku Dublina. Potem wieki prokrastynacji i trochę pisania ... (zapewne będzie) przed północą. W międzyczasie Kochany zadzwonił z Dublina, żeby zreferować postępy w pracy i rozmowę z siostrą. Może Stu do nas przyleci, żeby zmienić krajobraz chociaż na chwilę (byłoby dla niego dobrze, tak myślę).

sobota, 12 sierpnia 2023

1335. Z poślizgiem.

Znowu bardzo długo spałam. Fred urzędował w Kuchniosalonie, kot nażarty, a ja przekładałam się z boczku na boczek. Nic dziwnego, że śniadanie zjadłam przed dwunastą, gdy Kochany wybył już na zakupy. Potem mitrężyliśmy czas rozmawiając i dopiero około drugiej każde z nas zajęło się swoim sprawami: ja nanoszeniem poprawek do pracy, Kochany dokańczaniem tekstu, który chciałby nagrać z kolegami pod koniec sierpnia. Na obiad dymiące kopce makaronu. Dla żony drzemka poobiednia. W tle dnia było jeszcze długie pranie (mimo chmur mąż ufnie wywiesił wszystko w ogrodzie) i słuchanie nagrań Fortu BS.

Wieczorem najpierw spacer z kotem (nie dało się inaczej, po otwarciu drzwi frontowych okazało się, że Ryszard siedzi i czeka: słońce jest, wyłazicie w końcu?), potem spacer do morza na którym dziś fale bałtyckie. Wracaliśmy z wiatrem w plecach. 

Trzeba się przyznać, że poza przepisaniem piątkowych poprawek, niewiele zrobiłam. Za to Dyjak śpiewa do późna. 

piątek, 11 sierpnia 2023

1334. Tojebusia.

Oboje martwimy się kocim brakiem nastroju. Ryszard zjadł pierwszy posiłek dopiero, gdy wróciłam do domu, a nie było to od razu po pracy (najpierw Fred chciał zapłacić ubezpieczenie samochodowe, potem z biura poszliśmy pod wielkim parasolem na kaffkę do Czarnej; lało).

Kochanemu się przypomniało już po obiedzie, że mi kupił jeszcze jeden gadżet dziewczyński i gdzieś go zbunkrował. Oto on po szczęśliwym znalezieniu:

Tweedowa tojebusia, prawie jak mamy Muminka. Kiedy się ją rozwikła okazuje się bardziej pojemna w środku niż to wygląda po wierzchu (można w niej zmieścić ciętego ratlerka). 

czwartek, 10 sierpnia 2023

1333. Tak i nie; za to jest czajnik.

Spałam do dziewiątej, jakbym chciała uciec od myśli o regresji liniowej i zbliżającej się a koniecznej zmianie pracy. Kot był bardzo grzeczny, nic a nic nie harcował (w kuchni nie ma śladu po walce z gigantycznym pająkiem, który wczoraj znowu mnie wystraszył; wątpię by pokój został zawarty, raczej kątnik wykazał się roztropnością, co mnie wcale nie dziwi, bo to duży pająk, zapewne z bogatym doświadczeniem życiowym). Zmitrężyłam sporo czasu na nie wiadomo czym (trochę wiadomo: oglądałam komentarze Midasa do Szopki dla reportera).

Zanim jeszcze Kochany pojawił się w domu, kurier przyniósł paczkę dla Freda, a w niej sandały dr Martensa, fajna rzecz. Miły wyjechał z hotelu przed południem, pojawił się w domu przed piątą ciągnąc za sobą zmianę pogody i morską mgłę. Przyjechał z bukietem róż, mięciutką marynarką w kolorze kawy z mlekiem dla moi (Majestic Filatures, znowu) oraz nowym czajnikiem dla nas obojga (Tefal nieco bajerancki). Teraz (choć nie tylko w rocznicę) sobie mogę klikać w czajnik i się go pytać o temperaturę.

A jeśli chodzi o ucieczkę od myśli, labilna jestem. Raz się mi zdaje, że sobie poradzę, a raz, że nie. Teraz przeważa myśl, że tak (młody przesłał mi wyliczenia, dochtórka potwierdziła spotkanie na poniedziałek), ale jest jak w kalejdoskopie. 

6 lat. 

środa, 9 sierpnia 2023

1332. Overthinking.

I duchota. 

Dni są szare, tym bardziej więc wysoka temperatura zaskakuje. Ryszard odprowadził mnie z rana na przystanek i jeszcze próbował perswadować, żebym została. Kochany (wyspany nieszczególnie) przesyłał mi zdjęcia słonecznego Cork, uliczek, portu, mostu, kebabu w cienkim cieście. W ciągu dnia koleżanka poszła na pogrzeb ojca Bridżet, jakiś czas siedziałam w biurze sama, poszłam też do Moorlanda na lunch (skoro w naszej kuchni pustki). Marynarka tak się do mnie kleiła w drodze powrotnej, że wełna-nie wełna, wrzuciłam do pralki (program wełniany i płyn wełniany, więcej dla wełny zrobić nie mogłam, bo podszewka już dawno wołała o decyzję). Gdyby nie podminowanie myślami, mogłabym się pławić w wiejskim życiu (rozmawiałam z Katlin, przywitałam się z Majkelem ... sąsiad wyglądał tragicznie, czyli tak jak od dawna). 

Wyjdę na chwilę zerknąć na trawnik. Potem pisanie, prysznic, herbata, może mail. 

wtorek, 8 sierpnia 2023

1331. Bezczajnikowy wtorek.

Jeszcze wczoraj wysiadł nam na dobre czajnik. Chciałam przeprosić się ze starym, trzymanym na wszelki wypadek w szopce, ale kiedy przyszło co do czego, przypomniałam sobie, dlaczego jest tam gdzie jest (trzeba się pozbyć niedziałających gratów). Tak więc żyję bez czajnika. Kochany zawiózł mnie rano do pracy i pojechał w kierunku Cork; przez dwa dni jesteśmy z Ryszardem sami na gospodarstwie. 

Dla odmiany przyjemne ciepło (wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, potem chodziłam po mieście w lekkiej marynarce). Miejscówka pod Cork (raczej dobre 30 km dalej) wg mężowskiej relacji okazała się zatęchłą norą ze słabym Internetem. Taki dom w którym, gdyby to było Midsomer Murders, niewątpliwie ktoś by zginął (więc cieszę się, że Fred nie jest tam jedynym gościem; mam nadzieję, że mimo wszystko zdoła wypocząć).

Gdy jestem sama, zmieniam dietę na wsiową. Dzisiaj kartoffeln ze zsiadłym mlekiem, jajkami sadzonymi i żółtą fasolką okraszoną masłem. Bardzo zacne. Jedząc te wielkopolskie delicje zerkałam na ostatnie pożegnanie Sinéad w Bray. Nawet gdybyśmy mieli wolny dzień, pewnie patrzylibyśmy na wszystko z góry (nie w tym sensie, tylko w normalnym). Za dużo ludzi. Ciekawe, gdzie (i czy) ją pochowają.

Wybory będą 15 października. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

1330. Poniedziałkę.

Spałam, a moje Kochanie już tuptało wczesnym porankiem. Kiedy na dobre się obudziłam, Miły w stroju adekwatnym wybywał na Północ. Dzisiaj bank holiday, co nie robi mi różnicy, bo ostatnio nie pracuję w poniedziałki. Statystyka była. Nadal czuję luzy, ale brnę dalej, bo nie widzę innego wyjścia. Ryszard był nie w sosie, dopiero po południu nareszcie coś zjadł do końca.

*** 

Kochany pokazywał mi drogę na mapie. Zaparkowali z Ka gdzieś na Trassey Road, po czym dolinką rzeki Trassey i Zajęczą Przełęczą doszli pod Slieve Commedagh i skręcili w podejście na Slieve Beg, potem Cove Mountain (na ostatniej fotce widok na Slieve Binnian). W drodze powrotnej Fred zatrzymał się u przyjaciół na popas i wrócił przed dziewiątą wieczór. 





niedziela, 6 sierpnia 2023

1329. Niedziela.

Spotkania statystycznego nie było (młody uprzedził mnie już wczoraj i umówiliśmy się na inny termin), wyjścia Freda w góry nie było (niestabilna pogoda i późny powrót po wczorajszym kinie domowym miały dużą siłę argumentu; są plany na jutro), było życie niedzielne zwykłe. 

Ja: pisanko. Kochany pojechał na zakupy spożywcze (np. truskawki dla żony), w drodze dogadując sprawy z potencjalnym i mocno już prawdopodobnym Rysiowym opiekunem. Wiemy, że Józek kupił bilety, czyli idzie ku lepszemu ... ale nie wszędzie: Kochany rozmawiał też telefonicznie ze świekrą — ze Stu jest podobno kiepsko. Może tak być. Co da się zrobić z tą wiedzą? Niewiele. I tylko my, dziecka z letka wyrodne, nie jesteśmy powodem do zmartwień, nawet komplementem się nam oberwało: Jedyne światełko na horyzoncie w mojej rodzinie, tako rzekła świekra o naszym stadle (od razu zdecydowałam, że to pójdzie na bloga, bo jakby się miało nie powtórzyć, ślad zostaje). Po obiedzie (powtórka menu z wczoraj) pogoda ustabilizowała się na tyle, że poszliśmy nad morze.


Noga za nogą, międląc tematy doszliśmy do falochronu. Spadło na nas kilka deszczowych kropek, ale chmury przesunęły się uprzejmie dalej i napadały do morza, przez większość spaceru towarzyszyło nam zachodzące słońce. Powrót był przez plażę i drogą pod górkę, w sam raz dobra trasa, żeby zauważyć, że jeżyny powoli dojrzewają.


Jesteśmy po kolacji (wcześniej była chwila rozmowy z tatą, który oddzwonił, gdy w domu zrobiło się ciszej). Wróciliśmy jeszcze do obgadania wczorajszego filmu oraz przetrawienia informacji, że Sinéad chowają we wtorek, nie tak znowu daleko od nas. 

sobota, 5 sierpnia 2023

1328. Sobota.

Deszcz. Kochany jeszcze śpi, wrócił z Dublina o północy. Kot już śpi, wrócił nie wiadomo skąd nie wiadomo kiedy (zjadł śniadanie i zdecydował się mi towarzyszyć śpiącym kotem w Kuchniosalonie). Zamknęłam okno w sypialni, bo woda uporczywie zaciekała na wewnętrzny parapet. Spokojnie, wieś też drzemie. Symfonia Haffnerowska zagrana przez the Royal Concertgebouw Orchestra pod batutą Haitinka.
___
edit 10:08 Jeszcze bardziej adekwatny jest zbiór koncertów na flet i obój (Manco & Pecolo, 2020).
___
edit 11:15 "Nie najadłszy się" — imiesłów przysłówkowy uprzedni od czasownika "jeść". Patrząc w dal za kotem, z dobrą minutę próbowałam to to utworzyć i wypowiedzieć w zdaniu. Na szczęście Fred już wstał i mi pomógł. 
___
edit 15:20 Robota się ślimaczy, nawet byłam na kwadrans w ogródku, powyrywać chwasty i żeby dać oczom odpocząć. Kochany z rękami w mielonych, będą na obiad (w buraczkach). Akurat Ka zadzwonił z zaproszeniem na kawę i film oraz pomysłem, że może jutro pójdziemy we trójkę w góry (Mam ręce w mięsie, ale żona mi trzyma, możesz mówić, rzekł Woland). Już się umówiłam na spotkanie statystyczne w niedzielne popołudnie, ale mąż dostał zgodę ustną na wyjście z przyjacielem ;)
___
01:15 Wróciliśmy do domu przed pierwszą. Seamus i Damhnaic zrobili digestivy z cukrowymi piankami (bardzo słodkie dziadostwo). Obejrzeliśmy w czwórkę Bez skazy (1999) z nieodżałowanym Philipem Seymourem Hoffmanem (to chyba jeszcze z czasów, gdy przebieranki były dla aktorów ryzykowne); film taki sobie, Hoffman jak zwykle epicki. Była dolewka herbaty zielonej. Dopiero pod koniec dnia zorientowałam się, że silny poranny deszcz zawdzięczaliśmy sztormowi Antoni, pierwszemu imiennemu w tym sezonie (który to sezon zaraz się kończy). Lepiej późno niż wcale. 

piątek, 4 sierpnia 2023

1327. Tumult myśli.

Nie mogłam zasnąć, ale gdy już przyszło co do czego (pewnie ok. drugiej w nocy) spało się mi dobrze. Dopiero po dziesiątej zebrałam się do tego, co zamierzałam. Kochany miał wyjazd na popołudnie. Wcześniej obgadaliśmy funkcjonowania tego świata, oraz rozłożyliśmy dodatkową suszarkę, którą Fred kupił, gdy był jeszcze bardzo chory — niespodziewanie odkrył ją podczas kompulsywnego sprzątania śmieci na szafie z ubraniami (przeleżała w oryginalnym opakowaniu kilka lat, god loves it). Do tatki zadzwoniłam. Zadowolony, miał zadania do odhaczenia (ubrać się ładnie, pojechać po mamę). 

Praca powolna, sprawdzanie źródeł, wypisywanie cytatów, znajdowanie baboli myślowych w interpretacji statystyki (jeden duży babol, jak mogłam go wcześniej nie zauważyć!). Wieczorem zaczęłam oglądać Wiśniowy sad (1972), ale odechciało się mi po 1/3. Nie ten dzień. Dla odmiany, rozmowa z mamą tylko mnie wkurzyła (nie wkurzać się!). Ryszard większość piątku łazikował (nie padało, pewnie dlatego), a potem prześladował wielkiego pająka i trzeba było go ratować (pająka owego). Ogólnie not too bad, could be better.

czwartek, 3 sierpnia 2023

1326. Stres i sen.

Dzisiaj odbębnione zostało wczoraj, więc nie musiałam się zrywać na czas. Ale i tak grzebałam się ze stroną firmową i wysyłaniem newslettera, więc trochę mnie to zjadło. Po południu łeb boli od patrzenia w ekran. Pociesza mnie trochę inny newsletter, od Ganszyniec. Ten akurat z sensem, ciekawy, wiem, że autorka pojawia się i znika walcząc z demonami, ale po drodze inspiruje. 

Przyszło mi zawiadomienie z banku, że zamieniają mi rodzaj konta z jednego na drugi (akurat w moje urodziny). 

Kochany był na basenie i zrobił nam zakupy. Obiad: linguine z pesto leciuchno wyszłym z daty, na deser jogurt waniliowy z granolą. Potem zaczęłam kombinować, czy laptop łączy się mi z telewizorem, bo chciałam coś obejrzeć. Połączył. Zaczęłam więc oglądać dokument o Woodym Allenie, ale po jakichś dwudziestu minutach dałam się pokonać senności i powędrowałam do łóżka. Wstałam dopiero przed ósmą. 

Senny wid był jednym z lepszych ever jakie pamiętam. Niestety, nadal pisałam w nim pracę (nie ja jedna, przez moment śmignęła mi w tle dr Pierzasta oraz jej koleżanka tłumacząca komuś po co piszemy), ale jednocześnie byłam postacią w filmie, częściowo kryminalnym, który startował do ważnej nagrody. A w nim podziemny dom sąsiadujący z celtyckimi zabytkami, z kamiennym murem ogrodowym z którego wychodziło się na ... nieckę betonowego kanionu. Dom zresztą mienił się możliwościami. Raz był położony w dole betonowej dziury, innym razem jego drzwi frontowe wychodziły na ludną ulicę afrykańskiego miasta z piętrowymi, słomianymi domami, a potem na nasze wybrzeże. Było w tym śnie nasze morze, błyskające falami. Nasze szczury tańczące w świetle księżyca. Kora Jackowska wyrywająca sobie włoski spod pachy oraz kobieta w gumofilcach, która pływając w morzu zamieniała się w wieloryba. Ktoś kogoś zabił. Z całą pewnością kochał się we mnie gwiazdor starego kina (i gdy teraz o tym myślę, scena przypominała film Może pora z tym skończyć, bo był to przerywnik muzyczny). Obudziłam się tuż po tym, jak niezrażona szczurzym tańcem i przypływem podchodzącym do ogrodu zaintrygowałam się otwartymi drzwiami na tyłach i znalazłam za nimi kobietę w gumofilcach (teraz już bardzo podobną do Goshi), która karmiła sucharkami wielkiego, czarnego psa. Pies ciamkał, słońce pięknie zachodziło, kobieta stwierdziła, że jeszcze tu posiedzi, bo szkoda dnia. 

Minęła następna godzina. Wypiłam zieloną herbatę, zjadłam trochę czekolady podsuniętej przez Freda. Waglewski gra dla żony. Jeszcze się nie pozbierałam.

środa, 2 sierpnia 2023

1325. Paprochy.

Kochany wrócił do domu punkt szósta, akurat budzik przestał mi wrzeszczeć w mózgu. Coś jak sztorm? Z pewnością wiało mocniej i świat rzucał na mnie paprochy deszczu. Gdy doszłam do przystanku minęła mnie Miszel we fluorescencyjnym stroju do biegania (chodzenia, w jej przypadku)

Lovely weather, morning, zagadnęłam jak zawsze.
Isn't it just gorgeous? uśmiech rozświetlił jej twarz.

Biegła jeszcze inna, nieznana mi młoda dziewczyna, a za chwilę w przeciwnym kierunku sunęła Przetrącona Okapi (często ją widuję o tej porze jak zbiega z pagórka i kiwając głową, krzywo, ale skutecznie, gna jak wicher). Deszcz taki, że człowiek naprawdę jest mocno zdumiony, gdy w końcu przemaka, bo to tylko pył fruwający w różnych kierunkach. Widok na morze jak w filmie: szara otchłań, przy brzegu przebija biel spienionej wody. Tak, że ten ... poetycko. Szychta spędzona w miłym towarzystwie Saren, która na końcu obwieściła, że w piątek się nie widzimy (pomiędzy miałyśmy wspaniały pomysł, żeby rzucić to wszystko i założyć rozwojowy dom opieki dziennej nad emerytami). Będzie wolne (więcej czasu na dobijanie się wiadomą sprawą). Kochany się wyspał i zajechał karocą pod Centrum dwie minuty po czwartej. Sklep. Obiad. Nie wiadomo kiedy przyszedł czas jechania na północ. Gadane było, o wakacjach, czyli rodzinie i s p r a w a c h (tematyka pouczająca).

wtorek, 1 sierpnia 2023

1324. Sierpień.

Kombajny na polach, Lucyfer przekwitł, obudziły się wrzosy i przede wszystkim od jakiegoś czasu deszczu więcej niż słońca.

Poszłam spać po północy i zaliczałam kręciołkę (wybudzenia, sprawdzanie godziny i czy daleko jeszcze do szóstej). 

Kochany pojechał do Galway, na popołudnie, ale wyjeżdżał z domu kilka godzin wcześniej, więc umówiliśmy się, że wybywam do pracy autobusem. W Centrum Luiza dostawała ostatnich ataków paniki (w czwartek jej syn się żeni, potem długo się nie widzimy). Pływam w statystyce (powiedziano mi, żebym "nie robiła Saren", tylko wzięła się za siebie; Saren, która nadal grzebie się ze swoją pracą, potaknęła). Ka&Jot już w domu, jesteśmy umówieni na jutro (będzie opowiadanie o wakacjach; chyba fajnie, może się zrelaksuję). 

poniedziałek, 31 lipca 2023

1323. Podrygi.

Pada. Teoretycznie tylko pisanie zalega na głowie, w praktyce myślę też o pracy, chociaż dzisiaj nie za wiele jest do zrobienia (zajrzałam do emilków — cisza; zrobiłam jeden klik). Hipotezy nadal nie gotowe. 

Kochany był na basenie i przytaszczył z miasta trochę prowiantu. Pod powrót wyłapała go Katlin, w którymś momencie dołączyłam do sąsiedzkiej pogadanki i wiem teraz różne rzeczy (Anna Emerytka jest już w domu, jedzie na ponad dwudziestu tabletkach dziennie, od stycznia schudła 2 i pół kamienia; Anne ma koronę, to wiedziałam z fejsa i oglądu rzeczywistości za oknem); opowiedzieliśmy sąsiadce, jak się poznaliśmy, bo pytała. 

Dymiące kopy makaronu z sosem pomidorowym na obiad (ścieżka dźwiękowa: dwie pierwsze płyty Maanamu; nie noszę stanika). Chciałam być dzielna, ale "na chwilę" dołączyłam do mężowsko-kociej drzemki poobiedniej i obudziłam się dopiero przed dziewiątą (a tu łóżko puste, wszyscy poszli do swoich zajęć). Gra trzecia płyta Maanamu. Brzmi adekwatnie. Mam w domu szafę bardzo starą / Z podwójnym dnem, z lustrami dwoma / Gdy zaczną strzelać za oknami / Będziemy w szafie żyć.

***

Lipcu, lipcu ... minąłeś niepostrzeżenie. Jutro jesień.

niedziela, 30 lipca 2023

1322. Mżawka.

Otępienie magisterskie nadal nie chce się przenieść na kogoś innego. Wstałam jako druga, zrobiłam nam obojgu śniadanie (Kochany zapytał, czy będzie guacamole, bo on by chciał, żeby było; więc było). Poranek zasnuł się chmurami (koci barometr w ogonie też zapowiadał deszcz; Ryszard po śniadaniu walnął się w formie precla na łóżko i tak spędził większość niedzieli). Zamiast planować spacery, umyłam włosy i suszyłam je pół dnia mówiąc brzydkie rzeczy do laptopa.

Dopiero po późnym obiedzie (piąta po południu) wyszliśmy z domu (przy okazji Majk wyskoczył za próg i obwieścił nam triumfalnie Dublin won!). Kochany zawiózł mnie do Costy, a potem (widząc moją zmartwioną minę) obwoził mnie po hrabstwie aż do tego miejsca, gdzie był pas startowy dla trzmieli i gdzie nawoływały się ostrygojady:



Krajobraz bez gór, z rozmazanymi konturami wszystkiego; sporo ptaków żerujących na ogromnej, szarej płyciźnie; wrak tam gdzie zawsze, drewniane części wystają z piasku jak pneumatofory egzotycznego drzewa. Trochę mi lepiej. Wracamy do domu drogą nad samym morzem, wypatrujemy ciekawych domów i snujemy historie.

Była jeszcze rozmowa z mamą, bo przypomniała się mi jedna klepsydra i chciałam wiedzieć, czy to nie była przypadkiem jakaś jej kuzynka. Chyba nie. Zaczęłam wyżerać ostatnią paczkę rozmarynowych krakersów (coraz rzadziej rzucają je do Lidla; bida).