Pan od bojlera się o poranku zgłosił, rychło w czas, bo po południu zaczęło na wybrzeżu wiać, jak już od wielu tygodni nie wiało. Fred zdołał naprawiacza wpuścić do domu przed swoim wyjazdem, więc wróciłam do ogrzewających się ścian.
Z obserwacji podróżniczych: gdy rano zatrzymałam się przy przystanku czekając aż autobus wykołuje na główną ulicę, ja i pewien gawron skrzyżowaliśmy spojrzenia. Siedział nad moją głową, zawahał się, czy nie odlecieć, ale najwyraźniej jestem z tych niegroźnych. W drodze powrotnej zaś, gdy jechałam autobusem do domu, osa leciała przez dłuższą chwilę w tym samym kierunku. Jedność ze światem. Są też inne spotkania. Para Polaków, stonka i pan w koszulce GKS Katowice, czekali na autobus do Monaghan. Przyglądają się nam, usłyszałam. Popatrz na tą, zaśmiał się pan, popatrz na tamtą, teraz już podniosłam głowę i zauważyłam brak piątki u zadowolonego giekaesa, który ogłaszał stonce, jak głupio tu wyglądają ludzie (nie to, co oni). Uśmiechnęłam się do jego potylicy najoczywistszym z moich pogardliwych uśmiechów (nie chciałam, aby został przegapiony), tak żeby mała mogła go trącić ramieniem, niby że niewidzialnie dla mnie. Wyciągnęłam książkę napisaną po angielsku (nie ułatwiam dodania 2 do 2, nie jestem z Armii Zbawienia). Przypomniały mi się wczorajsze zakupy i kobieta podobna do bohaterki filmu Freda, która po zapłaceniu rachunku przytrzymała jeszcze kolejkę deliberując, które paluszki będą najlepsze, bo polskie. Nie zawsze czuję tę jedność.
Obiad bez Kochanego, więc postawiłam na gotowce: minestrone i falafel wrap z Lidla. Takie sobie, jednak najlepsza okazała się herbata. A książka, którą zaczęłam czytać wczoraj wieczorem to Rory Gallagher. His Life and Times (The Collins Press, 2020). Nic poza tym nie robię, zamiast zapychać głowę przemyśleniami, postanawiam odespać poprzednią noc, gdy z zimna turlałam się po Fredowej stronie łóżka.
Ja się będę jednoczył ze światem jak pójdę do piachu, nie wcześniej.
OdpowiedzUsuńA to ja wtedy nie mam żadnych planów ;)
Usuń