Dzień zaczęłam o siódmej rano (różnica czasu), od rozwojówki. Uwielbiam studiować online! Rozkręcałam się powoli przechodząc ze stanu w szlafroku z zieloną herbatą do wersji ubranej przy kawie, po śniadaniu złożonego z wczorajszego gulaszu z gnocchi. Skończyłam przed południem, krótko porozmawiałam z mamą o (nadal możliwym, choć maksymalnie uprzykrzanym przez władze) przylocie do Polski i wyszłam na ekspresowy spacer nad morze. Kochany od rana w Drołdzie.
Nad wodą spora grupka morsów czerwonych jak raki i Majkel wyciągany do hangaru.
Przy plaży powstała drewniana budka z widokiem, podobno sauna. Pewnie nie skorzystam, ale cieszą światowe ustrojstwa na naszej głuchej prowincji.
Poza tym czytam, płynę na fali słów. Po powrocie męża z pracy w domu rozbrzmiewa KZWW, Wiosna Ludu (2002) i Wykorzenienie (2004), nagadać się nie możemy o muzyce, Sapkowskim, Braunek, Sienkiewiczu. Doktor Faustus dzisiaj do strony czterysta sześćdziesiątej szóstej.
O przylot bym się na razie nie martwił, gorzej jeśli nie zechcą cię wypuścić.
OdpowiedzUsuńBym się ... przecież Ty niegdzie nie przylatasz ;)
Usuń