Nadleciałam ze wschodu akurat, gdy przez szarą zasłonę chmur przebijały się na horyzoncie wymemłane promyki słońca.
Ale od początku. Otworzyłam oczy tuż przed dźwiękiem budzika, o drugiej nad ranem. Po czwartej byłam na lotnisku, żeby pan ubrany jak kosmita mógł mi pogrzebać w nosie, w obydwu dziurkach. Reszta poszła jak po maśle: wylecieliśmy o czasie, turbulencji prawie nie było, Kochany przywitał mnie w Dublinie bukietem czerwonych róż. Najkoszmarniejszym elementem podróży było moje niedospanie, nie umiem drzemać w środkach komunikacji, gdy obok mnie siedzą zupełnie obce osoby. Sen wydaje się wtedy raczej rodzajem utraty przytomności, byłam na takiej krawędzi wielokrotnie, części ciała, to noga to ręka, zasypiały i nie mogłam się powstrzymać przed wykonywaniem podejrzanych ruchów, żeby ratować je od śmierci (wyobrażam sobie jak to musi być męczące dla współpasażerów, którzy próbują spać i nie rozumieją kontekstu). Tristram Shandy został spakowany do torby podręcznej, walcząc o przytomność przeczytałam 20 rozdzialików księgi pierwszej, co sprawiło mi niejaką ulgę. Po przylocie pojechaliśmy z Fredem wrzucić coś na ząb (wprawdzie rano jadłam makaraon smażony na maśle, ale żołądek zdążył o tym zapomnieć), w pawilonach Swords poszliśmy do Costy na kanapkę i kawę, przy okazji też zajrzeliśmy do TK Maxxa, więc mam buty Ecco w monstery i skarpety w lisy.
W czasie mojej nieobecności Kochany kupił mi spodnie i płaszcz z Dolce&Gabbany, Spodnie za małe, kurtka okazała się męska i o wiele za duża. Pierwsze do zwrotu, drugie się zobaczy ... ostatnio szalenie podobają mi się za duże rzeczy.
Z rana odczytałam wiadomość od Aś, która ma chore zatoki i antybiotykuje się z tej okazji. Tym razem więc Sylwester u Ka&Jot, najpierw jednak mąż zaserwował mi pieczonego łososia, zjadłam parę ulubionych ciastek, umyłam zęby i wskoczyłam do łóżka na popołudniową drzemkę regeneracyjną z której wyszło niewiele ponad kręcenie się w świeżej pościeli. Smuteczek mamy taki, że Ryszard wczoraj wyszedł i do tej pory nie wrócił, kot niewierny. Kochany preparuje sałatkę z tuńczyka na wynos.
Może też w tym roku wrócę do "Tristram Shandyego", pamiętam że przy pierwszej lekturze (z wydania Prószyńskiego) bardzo mi się powieść podobała.
OdpowiedzUsuńMam to samo wydanie. Czytałam już kiedyś, doszłam do połowu, bo coś mnie rozproszyło.
Usuń