Strony

piątek, 24 grudnia 2021

738. Wilija.

Wyjechaliśmy z domu o szóstej, pod księżycem w lisiej czapie. Morze zapowiadało sztorm, ale lot był szybki i bezstresowy (m.in. dlatego, że Polaka, który bez maski, ewidentnie pod wpływem używek lub głupoty, nienaturalnie podekscytowany zabawiał każdego pasażera anegdotkami, straż lotniska zwinęła, thank gods, zanim zdążył wejść do samolotu).

Lotnisko we Wrocławiu przywitało mnie śniegowymi chmurami, dom przywitał się wodą ze śledzia. I właśnie, gdy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że zostawiłam nasz domek w Irl w stanie kompletnego bajzlu. Przepraszam, Kochany.







Prezenty pootwierane (wzór na szalu taty faktycznie jest identyczny z tym na zimowym kubraczku Maksia), kolacja zjedzona, sprawy obgadane. Mama zafascynowała się drzewami na MyHeritage i stworzyła własne, zaś mój Tweedowy Fred połączył się ze mną przed ucztą wieczorną u Ka&Jot. Miałam ambitne plany słuchania dalej Fausta (w samolocie przeniosłam się do trzeciego akapitu), jeszcze nie tracę nadziei, ale na teraz wylądowałam w moim starym szlafroku przed telewizorem nadającym Siostry wielkiej wagi (to polski tytuł 1000-lb Sisters). Za oknem pada śnieg.

2 komentarze:

  1. Tak jak podejrzewałem też dostałem szalik :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Urocze zwierzątka. Ja święta w tym roku spędziłam w domu.
    Pozdrawiam i zapraszam na nowy post :) jusinx.blogspot.com.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.