Z rana pranie ręczne kilku delikatnych ubrań. Fed rozmawiał z ojcem, który nadal jest w szpitalu i czeka na zabieg na sercu. Teść brzmi nie tak najgorzej i czeka na nasz przyjazd w tym roku (to dobrze, że ma plany, plany są dobre).
Dzień zapowiadał się na śliczny, ale już po śniadaniu na wybrzeżu pojawiło się wietrzysko (chociaż dla prania to nawet lepiej). Fred mimo to poważnie wziął się do ogrodniczej roboty, skosił trawnik i zasadził dwie jabłonki.
Ja bardziej jak nasz kot, poskubałam trochę trawy i pokręciłam się po obejściu. Bo oczywiście nasz rudy trufelek wstał, leniwa menda. A w zasadzie obudziło go pojawienie się brudnego jacka russella, który przyszedł wyszuflować co tam mu podałam do jedzenia. Koniec końców elstar i golden delicious mają korzenie w ziemi na stałe, liczymy, że im się tutaj spodoba.
A skoro już jestem w ogródku, to kilka dni temu rozkwitł Lucky Number:
Ból głowy nie był chyba aż tak dotkliwy, skoro miałaś siłę na film.
OdpowiedzUsuńPewnie nigdy nie mam aż takich bólów głowy :)
Usuń