Miało (tylko trochę) padać, więc na spacer wyszłam w wodoodpornej kurtce. Zmyłka, trzeba ją było ściągnąć, trafiliśmy na kawał chmurozmiennej, ale suchej aury w której grzebaliśmy się wolnym spacerem aż do popołudnia. Cieszyłam się działaniem nowego-starego aparatu, jest lepszy od naszego poprzedniego, szybszy, dokładniejszy, parę zdjęć nie wyszło tylko dlatego, że jeszcze nie posługuję się nim tak sprawnie. Ale obfociłam stado bernikli obrożnych mizdrzących się do siebie tuż przy wejściu na ścieżkę:
— Daj mi rączkę, żebym się nie wyjebała.
— Dobrze, królewno.
Już schodziliśmy z Głowy do portu, gdy mijająca nas para powiedziała nam, że można tam zobaczyć spore stado delfinów. Nic z tej naszej obserwacji nie wyszło, może ssaki podążyły za kutrami, bo port był dzisiaj pusty, widać ryba bierze jak szalona. Z przewróconych siłą natury głazów przyglądała się nam wrona.
Fred wypatrzył naszą starą toyotkę stojącą przy doku. Czyli zakupił ją marynarz. Ha!
Po obiedzie złożonym z łososia z kartoflami i sałatą w śmietanie mąż mi się wyłączył (Bowie przygrywał, a on cichcem poszedł spać). Po chwili namysłu też wybrałam się na drzemkę i tak mi zeszło do szóstej po południu. Kochany ma problemy z zatokami, ja oglądam odcinek Morderstw w Midsomer, 11.5, z kłólikiem wyskakującym z kapelusza. Słuchamy Nohavicy, rozmawiamy o wszystkim jak leci, nie wiadomo kiedy zleciała środa.
Wrona ładnie pozuje.
OdpowiedzUsuńCiekawska, gapiła się na nas po prostu.
Usuń