Fatalnie spałam. Wieczorem byłam dość zmęczona, zamiast czytać szybko zwinęłam się w kłębek. Kochany dołączył do mnie dopiero po północy, jego przyjście tak mnie wytrąciło z sennych marzeń, że o drugiej nadal się wierciłam. Musiałam wstać, wypić coś ciepłego, dopiero po jakimś czasie wróciłam do łóżka. Rano obudziłam się przed ósmą; w głowie zalegało mi zadanie do odhaczenia (Junona), poza tym Kochany miał przed południem zapowiedzianą wizytę u lekarza i martwiłam się jednocześnie wmawiając sobie, żeby się nie martwić. Turbacje umysłowe nie trwały długo, Kochany miał wizytę umówioną na 10:30, kwadrans później był już w domu. Z wyników nic nie wynika, hemoglobina dobra, małżonek mi nie chudnie, czyli bdb. Czyli trzeba zrobić jeszcze inne badania. Kiedy? Na razie jesteśmy na liście.
A słonko było ładne, za oknem ptaszyna kwili, więc wiadomo, że chce się wyjść/jechać przed siebie. Zaproponowałam kawę długodystansową i nawet nie musiałam Kochanego namawiać. Po kilkunastu minutach siedzieliśmy w samochodzie zmierzającym do El Paso. Gdyż kawa and naleśniki na nas oczekiwały:
Oczywiście spacer do księgarni, po drodze zrobiłam kilka zdjęć ozdobom zawieszanym na Imbolc. Z powrotem w domu o trzeciej. Po herbacie Kochany poszedł na drzemkę, mnie z kolei przyszło do głowy, że nie mogę się dłużej wymigiwać od zajrzenia w papiery. Zajrzałam; im bardziej zaglądałam, tym bardziej mnie wciągały. Tymczasem Kochanie moje wstało i za moimi plecami zaczęło pichciolić aromatyczny obiad (czosnek wypędza wszelkie zło).
Przed siódmą byliśmy najedzeni i gotowi na seans. Zapowiedziałam Anne, że wpadamy do kota na imprezę. No i tak, kota nakarmiona zasiadła obok nas, gdy usiłowaliśmy obejrzeć Back to Black (2024), biografię Amy Winehouse. Po jakiejś godzince zakończyliśmy seans (fajne były tylko krajobrazy wszelkie). Ach, już u siebie, cieplutko, Kochany szuka płyty Amy do nasłuchu.

Czasem sobie wyobrażam, gdybym była na Twoim miejscu: daleko od rodziny, wśród starszych ludzi, z którymi nie miałabym wspólnej przeszłości, w pracy innej niż wykonywałam w kraju, bez stu moich " psiapsiółek " !! Z każdego Twego zapisku bije to ciepło, że jesteś szczęśliwa ! Chwilo trwaj !
OdpowiedzUsuń@Karuzela, nie stawiam się na miejscu innych osób zdając sobie sprawę, że różnice w priorytetach bywają nie do przeskoczenia. W Polsce również miałam kontakt głównie ze starszymi ludźmi (rodzice, dziadkowie). Zmiana pracy wyszła mi na dobre (choć nie finansowo). Nigdy nie miałam stu psiapsiółek. Osoby dominujące, zarządzające czasem innych męczą mnie, więc ucinam z nimi kontakty (z drugiej strony rozumiem dlaczego takim osobom trudno jest zmieniać krajobrazy, więc ja je zmieniam wiedząc, że nikt dominujący za mną nie podąży). Mam przyjaciółkę, może dwie. Jestem zadowolona, bo sama sobie takie życie wybrałam (od czasu do czasu przychodzi mi do głowy jak niewiele było trzeba, żebyśmy się z mężem rozminęli ... dobrze, że wyszło tak, jak jest, bo zawsze marzyłam o takim małżeństwie).
Usuń