Po smacznym śniadaniu (jam ci to, nie chwaląc się, uczyniła) zastanawialiśmy się krótko, co zrobić z tak dobrze zaczętym dniem. Miałam ochotę na naleśniki w El Paso, ale rzuciłam też pomysł pojechania do stolicy i szurania nosami w Tower Records. Spodobała się nam ta myśl. Zrobiłam listę płyt, których nie mamy, wysłuchałam Kaśki Krzaczek The Sensual World, odstawiliśmy się i w drogę.
Gdy wjeżdżaliśmy do Drołdy, nad rzeką zauważyłam policję i karetkę, były też nosze przykryte białym materiałem.
W stolicy: parking przy Connolly Station → Sheriff Street Lower → Amiens St → Talbot St → North Earl St aż do The Spire → skręt w O'Connell St → Eason (Tower Records) na 40 O'Connell St Lower → O'Connell BridgeW pierwszym Towers Records kupiliśmy dwa filmy na dvd (The Seventh Seal Bergmana i In Bruges McDonagh) oraz płyty, Garden of the Arcane Delights Dead Can Dance i zestaw pięciu płyt Billy'ego Joela; bardzo cieszy mnie Joel, w sumie mamy teraz dziesięć jego płyt studyjnych). W drugim Tower Records Kochany dokupił album z najstarszymi piosenkami Eltona Johna The Classic Years. Vis-à-vis tym razem ja zaszalałam (dwie książki Vigdis Hjorth oraz Ulisses Joyce'a w solidnym wydaniu Pingwina).
Pomiędzy jednym Tower Records, a kawą i drugim Tower Records był lunch w pubie Bruxelles (zeszliśmy do Zodiaca). Druga wizyta, drugi raz bardzo dobre jedzenie. Menu krótkie (trzy główne dania do wyboru + zupa dnia), ale wiedzą, jak gotować, chwalić bogów.
Wieczorem odsłuchujemy płyty. Dzwonię do mamy, opowiadam jej o wydarzeniach ostatnich dni. Oglądamy film Bergmana.


Zgaduję po łyżkach w talerzach, że to zupa dnia. Wygląda trochę dziwnie (jak gulasz?) całkiem apetycznie. Co to takiego?
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, a właśnie, że nie. Zupą dnia był chowder, oboje zaś zamówiliśmy Irish lamb stew (czyli gulasz jagnięcy po irlandzku).
UsuńTo mnie zmyliły te widelce - założyłem, że czekają do dania po zupie.
Usuń@Dariuszu, nie wiem, po co dali nam też widelce, może, żebyśmy mieli wybór :)
Usuń