Strony

środa, 23 lipca 2025

2045. Wyprawa szpitalna ...

 ... Freda trochę jednak trwała. Anne była tak miła, że w swojej podróży do Galway zawiozła nas polnymi drogami pod same drzwi. Jak na złość, wszędzie roboty drogowe i jazda, w zamierzeniu półtoragodzinna, trwała godziny dwie (byliśmy dokładnie o czasie, Kochany prawie zaraz został zgarnięty przez personel).

Przebimbałam następne cztery godziny czytając powieść w szpitalnym barze, zanim mąż mógł się odezwać. Jeszcze godzina na dojście do siebie po anestezji i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną. Pierwszy problem pojawił się na przystanku. Najbliższy autobus nr 120 odwołano. Mieliśmy szczęście, bo nie czekaliśmy na niego sami; zaczepił nas chłopak będący w takiej samej sytuacji, zamówił taksówkę, zabraliśmy się z nim na dzielony rachunek (€22.50) do Celbridge (nigdy wcześniej nie słyszałam tej nazwy), żeby tam wsiąść w podmiejski C4. Autobusem, którego cena bardzo mnie zaskoczyła (zaledwie €2.60), dojechaliśmy już całkiem blisko domu celnego i nawet chwilę czekaliśmy tam na kolejne połączenie, ale Kochany zorientował się, że jeden pojazd odszedł chwilę wcześniej, więc może warto pójść na pociąg ruszający za kilkanaście minut z O'Connella (€7.80). W Drołdzie byliśmy zdeczka zmęczeni, więc zamiast marszu na kolejny dworzec zapukaliśmy do okna taksówki (€30). W wyprawie najdroższe były właśnie połączenia taksówkowe, ale za luksus bycia wcześniej w domu, żeby nakarmić poważnie zaniepokojone myszy, trzeba płacić. 

Fredowy dochtór miał na imię Osama. Chłopak z przystanku autobusu nr 120 to Abi z Indii. Naszym pierwszym taksówkarzem był Ankar (zapewne Sikh), drugim Oludare (zapewne z Nigerii) — zapisuję dla pamięci myśląc o tych wszystkich rasistowskich niedojdach chowających się po kątach, udających mądrych i dobrych, które ani be, ani me, ani kukuryku.

Byliśmy w domu o dziewiątej, myszy na koszach i drukarkach, z szeroko wybałuszonymi oczami, wygłodzone jak wilcy. Za chwilę zapukała do nas Katlin i wręczyła mi paczkę z kocimi szelkami. Szybko przyszły, dobrze, że sąsiadka przejęła je bezproblemowo. Musiałam jeszcze na chwilę wyjść do Anne, podrzucić jedzenie imigrantom, wstawić puste kosze na śmieci (pierwszy raz użyłam nowego alarmu). Przymierzyliśmy uprzęże; każdy Mleczak na chwilę wyszedł w szelkach na dwór żeby zobaczyć piękny sens niewygodnego ubranka (na Mańkę pasowały idealnie, poza tym możliwość wyjścia za próg oczarowała ją totalnie; Bronia jest nieco za chuda do wdzianka i ostrożniejsza w eksploracji; dorośnie). 

Padam na twarz. Kochany źle się czuje nie bez powodu. Mleczaki rozrabiają 

11 komentarzy:

  1. Brak prawa jazdy to wybór czy coś stoi na przeszkodzie? Te opłaty za taksówki plus transport publiczny to niemalże koszt samolotu do Polski 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Aśka, trochę jednak chyba wybór. Kierowanie autem mnie stresuje.

      Usuń
  2. Męczący dzień jednym słowem. Byłoby prościej, gdybyś miała prawo jazdy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. @Teatralna, w imieniu Freda (który śpi w innym łóżku) dziękuję :D

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.