Obudziłam się o 3.30 czasu polskiego. (nie liczę lekkiego zasłabnięcia z samego rana, przed śniadaniem) Podróż była spokojna, ze słonecznego (wczoraj) Dolnego Śląska relokowałam się do pochmurnego hrabstwa Louth bez żadnych komplikacji. Na lotnisku miałam troje odprowadzaczy, dwoje dwunożnych i jednego czworonożnego:
W Dublinie zostałam przywitana po staroirlandzku, białymi różami i pączkiem. Po drodze wstąpiliśmy do Tesco, żeby kupić coś na obiad, i już około jedenastej (czasu irlandzkiego) mogłam sobie podsmażyć krewetki na śniadanie. Jem je tym razem sama, bo małżonek i kot odsypiają pracowitą noc.

Śniadanie dość egzotyczne.
OdpowiedzUsuńNie tutaj, mieszkamy na wybrzeżu. Choć akurat te krewetki nasze nie były, i od razu w marynacie fajita (papryka, kminek, pieprz cayenne, czosnek). Bardzo smaczne na ciepło, z chlebem ;)
Usuń