poniedziałek, 3 lutego 2020
48. Wędrówki szpitalne.
Nareszcie w domu. Z rana zmarnowała się kawa, bo tak nie mogłam się doczekać codziennego rytuału, że zaparzyłam ją zanim się okazało, że małżonek na tomograf chce iść na czczo pomimo późnej pory wizyty. Byliśmy więc w Beaumont (markery) i u św. Józefa w Raheny (tomograf). Gdzieś pomiędzy widzieliśmy ogromne stada dzikich gęsi, które pasły się na boiskach w środku ludzkich osiedli, a słońce przeszywało nas na wskroś. Po wizycietach pojechaliśmy do Swords, początkowo z zamiarem pozostawienia samochodu w Pawilonach i spacerowania po mieście w poszukiwaniu restauracji. Okazało się jednak, że na miejscu jest dobra pizzeria. Fred zjadł swój pierwszy posiłek tego dnia po piętnastej w Milano — trochę głośno, ale pizza funghi di Bosco doskonała, oczko wyżej od fastfoodowej reszty naokoło. Zeszliśmy potem do Costy przypieczętować wyjazd kawą. I jeszcze małżonek kupił sobie w międzyczasie brązowy, jedwabny szalik w pcioły Dolce&Gabbana, akuratny na fular, i zielonkawe, zamszowe Conversy. W związku z tym te stare, czarne ze srebrną kratką, które znają Freda cztery razy dłużej niż ja, pójdą do nieba dla trampków, bo już straszą oderwaną piętą. Z Pawilonów wyszliśmy o zmroku, autostrada, jeszcze krótki przystanek w "naszym" Lidlu, i dom. Nie mogę się napić. Zawsze tak mam, że niezależnie od tego ile płynów wleję w siebie poza domem, gdy wracam do domu, przez dłuższy czas czuję takie pragnienie, że nie mogę "dopić" do końca. Lubię ten uczuć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.