sobota, 29 lutego 2020
74. Poszumy.
Rzecz naprawdę dziwaczna, o czwartej nad ranem poczułam, że boli mnie środkowy palec lewej stopy. Wstałam. Faktycznie zaczerwieniony. Kompletnie nie mogłam sobie przypomnieć żadnej kontuzji z dnia poprzedniego. No nic. Dałam Rysiowi jeść i wypuściłam go na dwór. Ponad godzinę później przyjechał koci ojciec i sądząc, że Rysio był całą noc na dworze też dał mu jeść. Punkt dla kota, bystra bestia, po rodzicach, wiadomo. Fred spał do popołudnia, wstał, gdy już dobrze szumiało. Wzięło mnie na albumy Jethro Tull, Songs From The Wood (1977) i Minstrel In The Gallery (1975). Poza tym od wczoraj wróciłam do Ksiąg Jakubowych Tokarczuk, rozdziały 5-9. Kubek gorącej kawy rozgrzewa mi bolące stawy, Rysio siedzi w półotwartym oknie i od kulis obserwuje sztorm, potem przenosi się na stanowisko obok mnie. Powoli zapada zmrok. Ja pod kołdrą, na podgrzewanym łóżku. W kuchni gra Jethro Tull. Warunki idealne. Księgę Piasku planuję skończyć jutro.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Pewnie się zagapiłaś przy lekturze Tokarczuk i na chwile odłożyłaś książkę prosto na ten palec. Uraz murowany :P
OdpowiedzUsuńRaczej stawy w palcach bolały od trzymania książki. Cholernie nieporęczna. To jej jedyna wada ;)
Usuń