Stabat Mater Pergolesiego w wykonaniu m.in. Jaroussky'ego dyrygowanego przez Nathalie Stutzmann. Całkiem dobry kawałek, dobry początek dnia, prawda?
Nad morzem dokonaliśmy ciekawego odkrycia meteorologicznego — wiatr był porywisty, ale zadziwiająco ciepły, w kurtce upociłam się jak nieszczęście.
Po spacerze i obiedzie rozłożyłam się z prasowaniem i obejrzałam przy tym Murder In Three Acts z Ustinovem (1984), inną wersję Tragedii w trzech aktach. Tony Curtis i wogle, ale jednak nie, zresztą to był przypadkowy, pochopny wybór i nie wiem dlaczego marnuję czas na takie rzeczy. Za to po takim nijakim preludium obejrzeliśmy wspólnie (Fred wrócił z miasta z chlebkiem i bukietem róż) dwa pierwsze odcinki Czarnej żmii II (1986) ...
... i końcówkę zwieńczyłam kompletną głupawką — ze śmiechu się popłakałam, a Fred (miast pytać, co głupią babę tak śmieszy) chichrał się ze mną. Potem robiąc kotu kolację podśpiewywał o kebabie w cienkim cieście i że zabrakło baraniny, żona zaś układała pasjansa online, więc jest zrozumiałe, że utwór Stabat Mater Vivaldiego polecon przez Hebiusa musiał być odłożon na inny dzień. Zamiast tego płyta Zaciera Konfabulacje? (2005) i dzierżenie w dłoni podręcznika Bęzy. Przed północą Fred odkrył, że krewetki się zepsuły i trzeba je wyrzucić, wydarzenie wyrwało ze snu kota i poruszyło go do głębi.

W Polsce też się ciepło zrobiło i nawet momentami bywa słonecznie.
OdpowiedzUsuńU nas słoneczność i ciepło nie zawsze idą w parze, co kończący się wtorek nam potwierdził :)
Usuń