Fred już w kuchni robił sałatkę, gdy wstałam. Czyli na śniadanie był obiad, mąż skoczył do rybnego po świeże krewetki i o dziesiątej była uczta po której Fred pojechał w stronę Moiry, a ja poszłam nad morze z zamiarem napicia się kawy w kawiarence. Najpierw na pierwszym skrzyżowaniu natknęłam się na Pączka, który chciał mi towarzyszyć, więc trzeba było zrobić rundkę po dzielnicy zakończoną konsumpcją pasztecika w domu (konsumpcją dokonaną przez Pączka, ja tylko otworzyłam puszkę). W tym czasie wymknęłam się na drugą turę i dopiero przy plaży przypomniało mi się że przecież nie mam maseczki i z czym do ludzi. Kawa "na wiesce" innym razem. Cały czas goniły mnie zagęszczające się chmury ⛈, w końcu po południu spadł deszcz.
Przy domowej kawie obejrzałam odcinek Midsomer Murders, w ciągu dnia kolejny (ostatni z czwartego sezonu). Prasowanie, języki, wymiana tuszu w drukarce, drukowanie, powrót męża, szukanie z mapą miejsc w Doolin, bo się nam klaruje na jutro krótka przygoda. I o tym ostatnim myślę leżąc w łóżku.
Ja bym tak chyba nie mógł po dwa odcinki MM - jeden odcinek, jedna sprawa na jeden dzień i wystarczy.
OdpowiedzUsuńU was nadal tak pilnują noszenia maseczek w miejscach zamkniętych?
Oglądam, gdy się nudzę :D
UsuńNie wiem, czy pilnują. Zakładam, ponieważ widzę taki napis na drzwiach, poza tym i bez napisu jestem przyzwyczajona.
Zjadłaś obiad na śniadanie, a ja nadal nie ugotowałem ziemniaków do chłodnika. Chociaż już dobrze po 19.
OdpowiedzUsuńTak jakoś wyszło, dzięki mężowi.
Usuń